Jeśli chcesz nadal czytać najnowsze posty na tym blogu, dodaj się ponownie do obserwatorów (najpierw usuń siebie, potem dodaj). Zmieniłam jakiś czas temu adres bloga, dlatego teraz moje ostatnio dodane posty wyświetlają się tylko tym, którzy dodali się do obserwatorów po tej zmianie. Będę bardzo wdzięczna, jeśli jeszcze tu wrócisz. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolnośląskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolnośląskie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 listopada 2013

Studnia wieczności - Libba Bray

Tytul: "Studnia wieczności"
Autor: Libba Bray
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Liczba stron: 760

Długo zwlekałam z pożegnaniem, bo nie lubię, gdy nadchodzi kres czegoś. Mam na myśli nie tylko pożegnania z bliskimi osobami, ale także z papierowymi przyjaciółmi. Tak, jest to już fakt – skończyłam czytać trylogię "Mroczny Krąg", którą uważam za jedną z lepszych serii literatury młodzieżowej. Dlaczego? Bo mimo kolejnych tomów, stron, zdań ona wciąż potrafi hipnotyzować mnie zawiłością, wieloma zwrotami akcji i nieustannie towarzyszącym pięknem epoki wiktoriańskiej. W jakim stylu został uwieńczony koniec tej trylogii? Już za chwilę uchylę rąbka tajemnicy.
Ostatnie spotkanie z Akademią Spence rozpoczyna się rok po przybyciu Gemmy. Dziewczyna miewa tajemnicze wizje, pojawia się w nich dama w lawendowej sukni, która twierdzi, że Drzewo Wszystkich Dusz istnieje. Nieuchronnie zbliża się także debiut Gemmy na londyńskich salonach, kiedy to będzie musiała pokłonić się królowej Wiktorii, by stać się kobietą. Główną bohaterkę pochłonie jednak tak wiele zagadek, że wstąpienie w dorosłość będzie jej najmniejszym zmartwieniem. Koniec. Więcej nie powiem.
"Studnia Wieczności" to lektura obszerna, która na początku może niezbyt skutecznie próbowała mnie porwać do swojego świata. Jednak po kilkudziesięciu stronach uległam jej i do końca czytałam z podekscytowaniem. Libba Bray po raz kolejny pokazała, jak ładnie można pisać, nawet powieści dla młodzieży. Również w treść tej części wplotła wiele charakterystycznych dla siebie pięknych i lekkich w odbiorze opisów.  Zgrabnie prowadziła także narrację, stopniowo wprowadzając kolejne wątki, które urozmaicały całą akcję. W tej części zdecydowanie mniej miejsca poświęciła Kartikowi, który jest oczywiście jednym z moich ulubionych bohaterów tej książki (jak tu nie lubić tego nieprzeciętnego młodzieńca?), jednak o dziwo jakoś specjalnie nie ubolewałam nad nierównomiernym dozowaniem pojawiania się tej postaci, być może dlatego, że jego pozycja była często zajmowana przez kolejne, równie zajmujące wątki.
Akurat w ostatniej części serii główna bohaterka, Gemma, była momentami denerwująca przez swoją naiwność. Z łatwością dawała się wykorzystywać swojej przyjaciółce, która okręciła ją sobie wokół palca. Mimo to nie utraciłam sympatii do obu dziewczyn, bo Felicity była jak zwykle jedną z bardziej wyrazistych, zdecydowanych postaci, a Gemma nie utraciła swojej charyzmy. Ann jak zwykle mnie irytowała swoją postawą, ale nie wiedzieć czemu, kiedy wyszła z cienia.
Nie, nie jestem [sama]. Jestem taka jak wszyscy na tym głupim, cholernym, zdumiewającym świecie. Niedoskonała. Nawet bardzo. Ale pełna nadziei. Nadal jestem sobą.
Odchodząc od tematu bohaterek, muszę powiedzieć, że nie wybaczyłabym autorce książki, gdyby zakończyła tę serię banalnie. Zezłościłabym się na żarty i pewnie nie umieściłabym w swojej recenzji wzmianki o tym, że "Mroczny Krąg" jest jedną z moich ulubionych serii. Na szczęści Libba Bray w tym przypadku spisała się świetnie i zaserwowała piękne, wzruszające, może trochę cukierkowe uwieńczenie swojej trylogii. Tyle tylko mogę ujawnić, żeby nikomu nie psuć przyjemności z czytania.
Na koniec nie pozostaje mi nic innego jak tylko zachęcić każdą dziewczynę do przeczytania "Studni wieczności" i całej trylogii. Jest to czarująca opowieść o niesamowitych przygodach panienek z prywatnej szkoły w wiktoriańskiej Anglii, która skradnie Wam sen z powiek, porwie do swojego świata, zachwyci, zaś na koniec da wspaniałą lekcję nie stylu, a właściwego postępowania.
Moja ocena: 8/10

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania

***
Weekend poza domem, ale oczywiście z dobrą książką w torbie. :)

poniedziałek, 18 listopada 2013

Powroty. Po burzy - Lauren Brooke

Tytuł: "Powroty. Po burzy"
Autor: Lauren Brooke
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Liczba stron: 312

Konie to wyjątkowo wrażliwe istoty, można by powiedzieć, że są one tak samo dobrymi przyjaciółmi człowieka jak psy. Pomagają one w terapii osób niepełnosprawnych, zwanej hipoterapią, i odwzajemniają uczucia, którymi są obdarzane. Charakteryzują się wręcz bezwzględnym oddaniem. Naprawdę straszne jest to, że wciąż słyszy się o takich sytuacjach, gdy te zwierzęta są krzywdzone… O pomocy i troskliwej opiece nad nimi możemy poczytać w znanej na całym świecie serii traktującej o schronisku dla źle traktowanych koni, który nosi nazwę Heartland. 

Nastoletnia Amy od dziecka opiekuje się wraz z swoją matką skrzywdzonymi końmi w położonym między wzgórzami Virginii przytulisku. Dba o nie i rozumie ich potrzeby, dzięki czemu przyczynia się do ich rekonwalescencji. W tym tomie do Heartlandu trafia Spartan – nieufny i wrogo nastawiony do ludzi koń. Amy stara się mu pomóc i opiekuje się nim tak, jak najlepiej potrafi.

Książka ta wcześniej występowała pod postacią dwóch tomów, które teraz zostały zebrane w jeden. Myślę, że był to akurat dobry pomysł, dzięki któremu czytelnicy mogą zaoszczędzić trochę pieniędzy.  Książka została napisana lekkim i przystępnym językiem, który kierowany jest głównie do młodszej grupy młodzieży. Jednak tych starszych raczej nie powinno to razić, jeśli naprawdę interesują się końmi. Również ci, którzy do tej pory nie mieli z nimi do czynienia, powinni być zaciekawieni. Całą historię czyta się błyskawicznie, nawet mimo tego, że nie ma tutaj żadnych nagłych zwrotów akcji. Coś takiego w niej jest, że po prostu czyta się ją dalej i dalej, aż w końcu dochodzi się do finiszu. Występuje tu narracja trzecioosobowa. Moim zdaniem jeszcze jeszcze lepiej byłoby, gdyby była ona pierwszoosobowa; bliżej poznałabym uczucia towarzyszące głównej bohaterce.

Przeżycia Amy opisane w tej powieści są bardzo smutne. Nie chcę niczego zdradzać, dlatego też nie podam ich przyczyny. Na szczęście dziewczynie udaje się w końcu otrząsnąć po traumatycznym wydarzeniu w jej życiu. Spora uwaga jest skierowana także na trudną relację pomiędzy bohaterką a jej siostrą. Często dochodzi pomiędzy nimi do sprzeczek, kłótni, jednak zawsze i tak wszystko dobrze się kończy.
W książce zostały umieszczone także interesujące informacje o metodach pracy z końmi oraz leczeniu ich nadszarpniętej psychiki. Zwierzęta te są przedstawione niezwykle emocjonalnie. Potrafią one budzić współczucie. Dlatego jeśli nigdy nie czuło się do koni żadnej sympatii, dzięki tej powieści można ją zyskać.

"Powroty. Po burzy" to przyjemna lektura na wieczór, która pozwala na chwilowe oderwanie się od rzeczywistości i przeniesienie się do przytulnego Heartlandu. Polecam tę powieść każdemu, komu są obojętne konie, a także tym, którzy nie mieli nigdy z nimi do czynienia. Historia Amy i jej podopiecznych oraz  przyjaciół może poruszyć każdego.

Moja ocena: 8/10

***

Tyle ciekawych książek mam na półce, które tylko czekają na chwilę uwagi. Niestety. w najbliższym czasie będę musiała je zaniedbać przez spiętrzone morze sprawdzianów i nauki. A szkoda, jesień miała być taka książkowa i herbatkowa...
Mam nadzieję, że "Wilcza księżniczka", "Gwiazd naszych wina", "Kwiat kalafiora", "Ania z Zielonego Wzgórza", "Cień wiatru" się nie obrażą. A jeśli tak - wynagrodzę im to w chwili wolnej.

środa, 2 października 2013

Oczarowanie. Życie Audrey Hepburn - Donald Spoto

Tytuł: "Oczarowanie. Życie Audrey Hepburn"
Autor: Donald Spoto
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Liczba stron: 282

Osoby Audrey Hepburn raczej nikomu nie trzeba przedstawiać. Jest to jedna z największych legend kina, modelka i działaczka humanitarna. Jako aktorka została nawet uhonorowana w 1954 r. Oskarem za kreację pierwszoplanowej bohaterki w "Rzymskich wakacjach". Mimo że od jej śmierci minęło już 20 lat, nadal jest uważana za ikonę stylu, a przede wszystkim wzór do naśladowania, bo Audrey była nie tylko fenomenalną aktorką, ale co najważniejsze wrażliwą na ludzkie cierpienie osobą. Wydaje się, że była niemal idealnym człowiekiem, jednak tak jak każdy z nas miała swoje tajemnice, które zgłębić zdecydował się autor jej biografii, Donald Spoto.
Bez wątpienia życia Audrey nie można zaliczyć do najłatwiejszych, ponieważ już od najmłodszych lat przyszła gwiazda kina musiała zmierzyć się z kłótniami, a potem rozwodem rodziców, wojną w Holandii i snującym się za nią głodem, niedożywieniem, które przez długi czas podążały jej śladami. Aktorka nie miała dostatniej ilości szczęścia w miłości, co skutkowało kilkoma nieudanymi związkami; stale pogrążona była pracą i powoli pięła się po szczeblach kariery. Wiele osób zapewne zdziwię stwierdzeniem, że życie kobiety sukcesu, za którą pewnie wszyscy uważamy Audrey, nie było usłaną różami ścieżką. Bardziej przypominało ono kamienistą drogę, na której okazyjnie pojawiały się chwile uniesienia i bezgranicznej radości. Droga ta była także pełna niebezpiecznych zaułków, w których Audrey czasami się gubiła, wpadała w depresję czy zapalała kolejnego papierosa…
Była w zasadzie bardzo niepewną siebie osobą, a ta niepewność sprawiała, że wszyscy się w niej zakochiwali… Była gwiazdą, która nie potrafiła dostrzec własnego blasku.

Od razu nasuwa się pytanie: w jaki sposób najlepiej przedstawić życie takiej osoby? Myślę, że chyba najwłaściwszym wyjściem jest odrzucenie pragnienia sensacji, a co za tym idzie – subtelne podejście do sprawy. Donald Spoto nie wmaszerował z brudnymi buciorami do życia Audrey, tylko delikatnie otworzył drzwi i wszedł w nie po cichutku, na paluszkach. Zapisał tylko to, co wydało mu się najważniejsze, a w swojej książce przedstawił jedynie fakty. Ukazał istotne momenty z życia aktorki, te najszczęśliwsze i najsmutniejsze, zaczynając od narodzin, a kończąc na śmierci. Dokładnie opisał apogeum kariery Audrey, ale nie zapomniał także o ważnej w jej życiu działalności charytatywnej. Szkoda tylko, że raczej niewiele dodawał od siebie, a skupił się tylko na przekazywaniu konkretnych wiadomości, być może lektura stałaby się jeszcze ciekawsza.
Dosyć trudno jest pisać o biografii, bo jej autor nie wykreował sam postaci, nie poruszał za ich sznureczki ani nie wymyślił historii, którą przedstawił. Tę historię napisała sama Audrey, użyła własnej czcionki i wybrała kolor kartek. Kontrast pomiędzy jasnością bieli a czernią doskonale odzwierciedla istotę jej życia, sporadycznie nawiedzanego przez ogromne sukcesy, przyćmiewające nieszczęśliwe epizody. Jednak nawet one nie były w stanie przeszkodzić w rozkwicie wspaniałej inspiracji wielu projektantów i zwykłych kobiet, rozkwicie, który uważnym, ale nie nieomylnym okiem, obserwował cały świat.
"Oczarowanie. Życie Audrey Hepburn" jest interesującą i dokładną biografią, dzięki niej jeszcze lepiej poznałam kobietę, która mimo ogromnej sławy nie zapomniała o tym, co w życiu najważniejsze – o drugim człowieku. Dowiedziałam się jaka była naprawdę - jako córka, żona, matka - i poczułam do niej jeszcze większą sympatię. Polecam tę lekturę nie tylko pasjonatom kina czy wielbicielom aktorki, zachęcam do przeczytania jej także osoby, które być może nie zauważyły lub nie zainteresowały się tym pięknym motylem, który mimo próby czasu wciąż błyszczy.
Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi

***
Mamy już środę! : O A jeszcze nie tak dawno był poniedziałek. Teraz czekam tylko na weekend i żyję myślą byle do piątku. Chociaż nienienie - w piątek mam biologię! -.- No to do piątkowego wieczoru! Dzisiaj, o dziwo, nie mam nic zadanego na jutro, ale muszę pouczyć się genetyki, bo pojutrze szykuje się porządne odpytywanko. :/ 
Życzę Wam ciepłego wieczoru z kubkiem parującej herbaty/kakao. :)

środa, 25 września 2013

Zbuntowane anioły - Libba Bray

Tytuł: "Zbuntowane anioły"
Autor: Libba Bray
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Liczba stron: 488

Mimo wielu lat, które minęły od istnienia epoki wiktoriańskiej, wciąż znajdują się jej nowi wielbiciele, których uwagę przykuwają strojne suknie, modne w tych czasach bale zamożnych dam i panów oraz piękne zabytki architektury. Śmiało mogę zaliczyć się do owej grupki pasjonatów tego okresu; do wiktoriańskiej Anglii wracam nie tylko z powodu wcześniej wymienionych pobudek, ale również przygód upartej i inteligentnej dziewczyny o niebywałych, magicznych zdolnościach…
Dwa miesiące po tragedii, która wydarzyła się w Akademii Spence, Gemma, Felicity i Ann wciąż odwiedzają "międzyświat", mimo że czyha tam na nie wiele niebezpieczeństw. Dziewczyny poszukują zaginionej Świątyni, odnalezienie tego miejsca jest chyba jedynym sposobem na ponowne związanie magii. Gemma wciąż wzdycha do tajemniczego Kartika, jednak w jej otoczeniu pojawia się także drugi młodzieniec, którego również obdarza zainteresowaniem. W czasie wizyty w szpitalu, w którym pracuje brat Gemmy, dziewczyna spotyka Nell Hawkins - kobieta ta wie, jak dotrzeć do Świątyni. Czy uczennice Spence zdołają ją odnaleźć?
Jak to jest (…) próbować nadążyć za światem, który puszcza cię niczym rozkręconego bąka w przyszłość, a ty i tak wiesz, że zawsze zostajesz o krok z tyłu?
Nadszedł w końcu ten moment, kiedy jestem już po lekturze drugiej części trylogii pani Libby Bray. Poprzedni tom bardzo mi się spodobał i pozostawił w lekkim niedosycie, który już zaspokoiłam, ale jak to zwykle bywa - książka uraczyła mnie nowym. Zacznę jednak od początku. Po raz kolejny przeniosłam się do wiktoriańskiej Anglii, której mroczny klimat miałam po prostu na wyciągnięcie ręki. Już ten jeden aspekt utwierdził mnie w przekonaniu, że czeka mnie kolejna dawka niesamowitych i wiejących grozą wydarzeń. Tak też było, chociaż zdarzały się momenty, w których wiało nudą. Akcja balansowała pomiędzy granicami monotonii, gdy miałam ochotę zasnąć nad książką, a chwilami uniesień, kiedy to nie wyobrażałam sobie przerwania czytania. Na szczęście tych pozytywnych momentów było więcej.
W "Zbuntowanych aniołach" mogłam lepiej zgłębić cudowny "międzyświat", którego w tej części był naprawdę dużo, a to za sprawą podjętej przez Gemmę misji odszukania Świątyni. Trudno oprzeć się temu miejscu, w którym wszystko jest możliwe, nawet jeśli jest ono dosyć absurdalne. Autorka postanowiła poświęcić więcej uwagi także tajemniczemu Kartikowi, który w pierwszej części trylogii pojawiał się tylko okazyjnie. Teraz mogłam go lepiej poznać i zobaczyć, jaki naprawdę jest, co skutkuje tym, że okazał się drugim w kolejności moich najbardziej ulubionych bohaterów tej serii. Oczywiście pierwsze miejsce nadal jest własnością Gemmy, która mnie i tym razem nie zawiodła, bo w odróżnieniu od swoich rówieśniczek potrafi czasami wykazać się odpowiedzialnością i ma niezwykle silny charakter, nie daje sobą manipulować i jest odważna, chce stawić czoła swojej przeciwniczce, mimo że zdaje sobie sprawę z tego, jakie to będzie niebezpieczne.
A jeśli zło tak naprawdę nie istnieje? Jeśli zostało wymyślone przez nas i w rzeczywistości musimy walczyć tylko z własnymi ograniczeniami? Jeśli to tylko ciągła bitwa między naszą wolą, pragnieniami i decyzjami?
Tak, "Zbuntowane anioły" to świetna kontynuacja. Przeczytałam ją w mgnieniu oka, głodna niezwykłych i przyspieszających puls wydarzeń, które zgodnie z moimi oczekiwaniami otrzymałam. Ta napisana w lekkim stylu powieść uczciwie skradła mi kilka godzin, zrekompensowała je jednak ciekawą akcją - opartą na doskonałym pomyśle i świetnym wykonaniu. Już nie mogę się doczekać, kiedy po raz trzeci i niestety ostatni przekroczę mury Akademii Spence, by wraz z jej uczennicami odkrywać kolejne tajemnice, nieufnie zagłębiać się w różnobarwny świat magii…
Moja ocena: 8/10
Za możliwość przeczytania książki dziękuję

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania

*** 
Jejciu, dopiero początek roku szkolnego, ok, pierwszy miesiąc, a już czuję się zmęczona tym całym liceum, nauczycielami i nauką, a już najbardziej historią i biologią. W tygodniu nawet nie mam czasu czytać książek, dlatego nadrabiam to w weekendy, ale i tu nie tak intensywnie jak bym chciała. Chcę wakaaaacji! :( No dobra, może najpierw soboty i niedzieli! Teraz kończę narzekać i zmykam uczyć się mojej kochaanej historii, która jest przecież taaaka ważna na profilu medycznym...
Trzymajcie się!

czwartek, 29 sierpnia 2013

Mroczny sekret - Libba Bray

Tytuł: Mroczny sekret
Autor: Libba Bray
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Stron: 360

Gdyby okazało się, że masz magiczne, być może niebezpieczne zdolności, dzięki którym mogłabyś dostać wszystko, czego zapragniesz w innym świecie, zdecydowałabyś się ich używać? Czy byłabyś skłonna, mimo wielu ostrzeżeń, jeszcze powiększyć swoją moc? Zakładam, że tak – nic dziwnego, Gemma i jej przyjaciółki też tak zrobiły, a nadprzyrodzone zdolności, do których miały dostęp, stały się przekleństwem.
Po zagadkowej śmierci matki szesnastoletnia Gemma Doyle trafia do londyńskiej Akademii Spence, szkoły dla młodych panien z internatem. Początkowo nie potrafi się tam zaaklimatyzować i czuje się bardzo samotna, a do tego wciąż nękają ją wizje przyszłości. W końcu udaje jej się zaprzyjaźnić z kilkoma wpływowymi dziewczynami, które razem z nią wielokrotnie wymykają się w nocy ze szkoły. Podczas pobytu w Spence Gemma odkrywa w sobie także moc, dzięki której może przenosić się do niesamowitego międzyświata…
Wprowadzenie dziewiętnastowiecznej Anglii jako tła powieści, ubranie bohaterek o nienagannych manierach w piękne suknie to zdecydowany powiew świeżości w literaturze młodzieżowej, mimo znacznego wieku tej koncepcji. Duch epoki wiktoriańskiej został świetnie zarysowany przez autorkę książki, dzięki czemu mogłam poczuć ten swoisty gotycki klimat, z którym zawsze kojarzyły mi się te czasy. Ale to nie jedyna zasługa pani Libby Bray, gdyż doskonale poradziła sobie także z ubraniem całej historii w słowa. Opisy nie były przytłaczające, a dialogi zostały w miarę poprawnie wkomponowane w tło historyczne.
Akcja powieści stale czymś zaskakiwała. Zabójstwo, rodzinne tajemnice czy nocne wyprawy do lasu to tylko niektóre z ponurych atrakcji Spence. Jedynie wizje Gemmy w pierwszych rozdziałach troszeczkę mnie denerwowały, bo ni z gruchy, ni z pietruchy w pewnej chwili dziewczyna znajdowała się w wyimaginowanym świecie, a już zaraz była z powrotem, na szczęście potem jakoś się do tego przyzwyczaiłam. "Mroczny sekret" to książka, której lektura dostarcza wielu emocji, zaczynając od rozbawienia spowodowanego wybrykami niesfornych uczennic, a kończąc na smutku i strachu, które towarzyszyły mi głównie w ostatnich momentach historii. Zdecydowanie należy skorzystać z rady umieszczonej na okładce i czytać tę powieść po zmierzchu, nabiera ona wtedy jeszcze ciemniejszych barw.
Mówią, że diabeł tkwi w szczegółach. To samo można powiedzieć o prawdzie. Odrzuć szczegóły, zostaw samo sedno i możesz na nim ukrzyżować każdego.
Kreacje głównych bohaterek również zostały świetnie zaprojektowane. Trzy dziewczyny z zamożnych rodzin i jedna uboższa stypendystka. Wydawałoby się, że takie urocze damy prowadzą beztroskie życie (przynajmniej te trzy bogatsze), w którym ich jedynym problemem jest wybór biżuterii na przyjęcie. A jednak tak nie jest, bo każda z nich ma swoje zmartwienia, z którymi trudno im się pogodzić. Ann nie jest tak ładna jak jej koleżanki i w najlepszym wypadku czeka ją kariera guwernantki, ojciec Felicity wcale się nią nie interesuje, rodzice Pippy chcą ją wydać za bogatego, pięćdziesięcioletniego mężczyznę, którego nie kocha, a Gemma wciąż miewa wizje, które niestety się spełniają. Co najlepsze – dziewczęta stale się wspierają i próbują razem przezwyciężać przeciwności losu. To prawda, że Pippa czasami bywa nadęta i irytująca, a Ann naiwna jak dziecko, jednak do każdej z dziewczyn poczułam sympatię.
"Mroczny sekret" to powieść, wobec której miałam wysokie oczekiwania, na szczęście nie zawiodłam się. Książka urzekła mnie swoim unikalnym klimatem i fantastycznymi postaciami, które przeżywały niesamowite przygody i rozterki, przy których całym sercem im towarzyszyłam. Czuję tylko lekki niedosyt po przeczytaniu ostatniej strony, jednak postaram się w najbliższym czasie go poskromić, sięgając po drugą część trylogii "Magiczny Krąg" z nadzieją, że będzie tak ciekawa i nieprzewidywalna jak jej poprzedniczka. Przecież…
Każde zakończenie stanowi początek czegoś nowego.
Moja ocena: 9/10
Z możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi literatura.juventum.pl

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania

***
W końcu zebrałam się, by coś tu wstawić! Ostatnie dni przeleżałam w łóżku z powodu paskudnej wirusówki (chorowanie pod koniec wakacji ♥), ale dzisiaj czuję się już w miarę dobrze. Teraz zamierzam poświęcić trochę czasu książkom z mojej półki, a zacznę od Ostatniej piosenki. :)

wtorek, 23 kwietnia 2013

Zmierzch - Stephenie Meyer

Tytuł: "Zmierzch"
Autor: Stephenie Meyer
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Stron: 416

"Zmierzch", czyli książka, która spowodowała sporą rewolucję w życiu wielu nastolatek. W jednej chwili wszystkie zaczęły się interesować wampirami, a autorzy książek też nie pozostali dłużni, chcąc sprostać wymaganiom statystycznej nastolatki, zaczęli wykorzystywać motyw wampira, wilkołaka w swoich powieściach. Tego typu książki namnożyły się jak grzyby po deszczu i nadal można zaobserwować to zjawisko. A wszystko za sprawą jednej pozycji. Czy naprawdę zasługuje ona na aż takie zainteresowanie?

Siedemnastoletnia Bella Swan przenosi się do deszczowego Forks ze słonecznego Phoenix w stanie Arizona. Od teraz będzie mieszkać ze swoim ojcem, który rozwiódł się z jej matką, gdy była jeszcze małym dzieckiem. Dziewczyna rozpoczyna naukę w tutejszej szkole. Z początku nie potrafi przyzwyczaić się do nowego środowiska, jednak po pewnym czasie zdobywa nowych przyjaciół. Poznaje tajemniczego chłopaka, Edwarda i od razu się w nim zadłuża. Nie wie jednak, że nieziemsko przystojny chłopak jest wampirem.

Historia jest przedstawiona z perspektywy Belli, która dzieli się z nami swoimi uczuciami i przemyśleniami. Czytając, miałam dosyć często wrażenie, że za wszelką cenę chce udowodnić, iż jest naprawdę błyskotliwą istotą, wtrącając w swoje monologi górnolotne komentarze. Szkoda, że w obecności znajomych nie świeci taką bystrością umysłu, wtedy może uwierzyłabym w tę bajeczkę. Bella jest nijaką bohaterką, z którą pewnie nie miałabym o czym porozmawiać, gdyby było możliwe nasze spotkanie. Jeśli chodzi o Edwarda - zdecydowanie ciekawsza postać niż panna Swan, chociaż według mnie za idealna i po prostu nierealna. Język powieści wypada naprawdę marnie, niewymagający, dzięki czemu szybko się czyta, za to dialogi są płytkie i głupie, mogłoby ich nawet nie być.

Fabuła - zbyt przewidywalna i prosta jak dla mnie, kolejne kiepskie romansidło, które raczej nic nowego nie wnosi do literatury. Szara myszka i boski amant. Czy przypadkiem tego już nie było? Ona niezdarna, nieśmiała, on doskonały, przystojny, inteligentny. Właśnie w takich chwilach odzywa się we mnie natura feministki. Dlaczego to zawsze dziewczyna musi być tą słabszą, gorszą, a chłopak ósmym cudem świata? Chyba domyślam się odpowiedzi. Po prostu ten schemat dobrze się sprzedaje, łatwo można go wcisnąć masie. Bo która dziewczyna nie marzy o takim chłopaku jak Edward, inteligentnym, odważnym, trochę aroganckim, no i oczywiście przypominającym wyglądem boga greckiego? Przecież najlepiej jest wmawiać: siedź cichutko w kącie, Twój książę już siodła konia, by po Ciebie przyjechać. A w życiu tak nie jest, więc oszukiwanie niektórych naiwnych nastolatek, które zaczytują się w tego typu książkach, jest po prostu podłe.

Jedynie klimat powieści udało się wykreować pani Meyer. Deszczowa, ponura sceneria napawała mnie przygnębieniem, a chyba właśnie o to chodziło, by czytelnikowi udzielił się nastrój tajemniczości. Ale nawet to nie zmieniło mojego ogólnego wrażenia o tej pozycji.

Nie ma krwi, nie ma żalu.

"Zmierzch" to powieść o nierealnej miłości, niewnosząca do życia nic wartościowego, tzw. jednorazowa przygoda. Nie zachwyca niczym, bawi swoją prostotą i naiwną koncepcją. Raczej nikomu jej nie polecę, naprawdę nie warto tracić czasu na taki chłam, jest przecież wiele ciekawszych i lepszych książek, które zasługują na uwagę.

Moja ocena: 2/10

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania
Czytam fantastykę

***
Jak miło jest siedzieć w domu i czytać książkę, gdy moi rówieśnicy piszą egzaminy. Warto było zdobyć tych laureatów. Jutro też mam wolne, dopiero w czwartek idę na angielskie. Widziałam już test z historii - strasznie prosty, bez przygotowania zrobiłam tylko 4 błędy. XD Nadal jednak twierdzę, że moja wiedza historyczna jest marna.
Zbaczając z tematu:

Życzę Wam wszystkiego najlepszego z okazji dnia naszych wspaniałych przyjaciółek - KSIĄŻEK! (: Obyście trafiali tylko na te wyjątkowe, warte uwagi, nadal czerpali przyjemność z czytania, no i oczywiście, żeby Wam nigdy nie zabrakło funduszy na zakupy w księgarniach! 


Książka jest niczym ogród, który można włożyć do kieszeni.
chińskie przysłowie

Miłego dnia!