Jeśli chcesz nadal czytać najnowsze posty na tym blogu, dodaj się ponownie do obserwatorów (najpierw usuń siebie, potem dodaj). Zmieniłam jakiś czas temu adres bloga, dlatego teraz moje ostatnio dodane posty wyświetlają się tylko tym, którzy dodali się do obserwatorów po tej zmianie. Będę bardzo wdzięczna, jeśli jeszcze tu wrócisz. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura włoska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura włoska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 września 2016

Mapa przejść

Mapa przejść
Pierdomenico Baccalario
Firma Księgarska Olesiejuk


Trzeci tom przygód Finleya McPhee i jego przyjaciółki Aiby to kolejna dawka świetnych, a czasem i dość niebezpiecznych przygód na szkockim wybrzeżu w niewielkim Applecross. Jakie wyzwania czekają tym razem tych dwoje?

Wszystko zaczyna się na pogrzebie starej Cumai, w którym uczestniczą Finley i Aiby, po którym chłopiec dowiaduje się, że starsza pani nie umarła jak mówiono w miasteczku z powodu zawału serca, ale została zamordowana. Oprócz tego wychodzi na jaw, że kobieta należała do Innych, którzy mieszkają w Pustej Ziemi (magicznej rzeczywistości) i zostali rozwścieczeni zabójstwem swojej znajomej. Czy włóczący się w lustrzanym płaszczu Semueld Askell ma coś wspólnego z tą sprawą? 

Tę część serii "Sklepik Okamgnienie" mogę z pewnością uznać za najbardziej emocjonującą, jak zwykle nie zabrakło niesamowitych magicznych przedmiotów takich jak płaszcz imago (dobrze znana fanom Harry'ego Pottera peleryna niewidka) czy zegarek drugich szans pozwalający jednorazowo cofnąć czas, lecz tym co wyróżnia tę część od pozostałych jest fakt, że wszystkie (liczne) wątki w powieści np. śmierć Cumai, zniknięcie wielebnego Prospero, stopniowo tworzą spójną całość, Pierdomenico Baccalario nie pozwala tutaj na zwykłe zbiegi okoliczności i umiejętnie prowadzi nas do rozwiązania zagadki.

Pojawia się oczywiście także wątek nieodwzajemnionej miłości Finleya do Aiby, który staje się miejscami komiczny, gdy starszy brat głównego bohatera Doug również stara się poderwać nową koleżankę, a najwięcej uśmiechu na twarzy gwarantuje chyba randka Douga i Aiby na łodzi w romantycznym otoczeniu fal w zatoce Applecross oraz... w towarzystwie Finleya, który przypadkiem niszczy plan swojego brata. W "Mapie przejść" nie zabraknie więc zabawnych momentów, ale autor nie zaoszczędzi nam także chwil grozy, podczas których zadrży serce, gdy bohaterowie znajdą się w niebezpieczeństwie zwiastowanym przez stado kruków. Mówiąc wprost - nie ma czasu na nudę, dzięki temu i przystępnemu językowi, jakim napisana jest książka, młody czytelnik będzie zachwycony.

"Mapa przejść" jak i cała seria "Sklepik Okamgnienie" to doskonały przykład, jak ciekawa i zaskakująca może być literatura dla dzieci i młodzieży. Nieskończona wyobraźnia autora gwarantuje niezliczoną ilość tajemnic i zrównoważoną dawkę emocji, które razem tworzą świetną powieść do jednorazowego pochłonięcia.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję
http://www.wydawnictwoolesiejuk.pl/


piątek, 2 września 2016

Busola snów

Busola snów
Pierdomenico Baccalario
Firma Księgarska Olesiejuk

Jaki jest przepis na udane wakacje? Brak nudy! Jak to osiągnąć? Odwiedzić Szkocję, a dokładniej Applecross i jego mieszkańców albo łatwiej - przeczytać serię Sklepik Okamgnienie!

Wakacje Finleya jeszcze trwają, a na szkockim wybrzeżu w małym Applecross wciąż nie brakuje zagadek do rozwiązania, a to wszystko dzięki rodzinie Lilych, która zjawiła się wraz ze Sklepikiem Okamgnienie na początku lata. Wszystko zaczyna się, gdy z pastwisk giną owce. Finley, Aiby i Doug postanawiają zmierzyć się z rozwiązaniem zagadki ginących owiec, muszą najpierw odnaleźć busolę z Sherwood, która pomoże im zidentyfikować Zielonego Człowieka, głównego podejrzanego.

Jak widać, w drugiej części przygód Finleya zostaje bardziej zaangażowany jego starszy brat, Doug, który wcześniej pojawiał się jedynie epizodycznie, co mnie ucieszyło, bo daje to lekki powiew świeżości tej serii, w tej części Doug ma okazję znacząco pomóc Aiby i Finleyowi poszukiwaniach busoli, miejmy nadzieję, że i w następnej będzie miał jakiś swój udział w akcji. Busola z Sherwood nie jest jednak jedynym magicznym przedmiotem, który przedstawia nam w tej historii Pierdomenico Baccalario, mimo że okazuje się kluczowa w śledztwie. Autor jak zwykle okazuje się niezawodny w wymyślaniu coraz to bardziej interesujących narzędzi magicznych jak i ich wielu zaskakujących zastosowań, Sito Krytyki, które odsiewa najbardziej interesujące tematy w książce i przedstawia je w jasny sposób, czy Ciemna Torba mieszcząca przedmioty dowolnych rozmiarów jedynie nieznacznie mogą przybliżyć nam niezwykłą wyobraźnię pana Baccalario. 

Cały świat przedstawiony w powieści jest umiejętnie nasiąknięty magią i tajemnicami, nikomu nie można tu ufać, atmosfera w miasteczku staje się coraz bardziej tajemnicza z każdą przewróconą stroną, a czytelnik podąża z ciekawością krok po kroku za Finleyem i jego wiernym psem Gałganem w poszukiwaniu sprawcy dziwnych wydarzeń, każdy element układanki jest w tym przypadku ważny, więc podczas lektury trzeba być bardzo uważnym. Nie jest to jednak trudne, prosty język, jakim napisana jest książka nie pozwala nam na nawet chwilowe znużenie.

"Busola snów" to świetna lektura nie tylko na lato, ale także na jesienne czy zimowe popołudnie, która pozwala całkowicie zapomnieć o tym, co się dzieje w naszym świecie i zamiast tego zaangażować się w niezwykłe wydarzenia odbywające się w malowniczym Applecross, chociażby po to, aby przypomnieć sobie jak piękne i pełne przygód mogą być wakacje.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję
http://www.wydawnictwoolesiejuk.pl/

środa, 9 września 2015

Walizka pełna gwiazd - Pierdomenico Baccalario

Tytuł: "Walizka pełna gwiazd"
Autor: Pierdomenico Baccalario
Wydawnictwo: Firma Księgarska Olesiejuk
Liczba stron: 242

Wakacyjna przygoda w sennej, szkockiej wsi? Czarodziejskie stwory i przedmioty w tak nudnym miejscu? Czy to w ogóle możliwe?

Applecross jest niewielką wsią położoną między wzgórzami malowniczej Szkocji. Spokojna atmosfera i brak jakichkolwiek sensacji nudzą młodego mieszkańca tej wsi, Finleya. Jego wakacje zapowiadają się nawet jeszcze gorzej, ponieważ chłopiec będzie musiał wykonywać obowiązki zlecone przez proboszcza tutejszej parafii jako kara za wagarowanie i związaną z tym konieczność powtarzania przez niego klasy. Jednym z zadań wyznaczonych Finleyowi przez Prospero jest posługa listonosza poprzez rozwożenie przesyłek we wsi, która niespodziewanie okaże się źródłem przygód za sprawą jednego dziwnego listu, przyjazdu ekscentrycznej rodziny Lilych i ponownego otwarcia przez nich Sklepiku Okamgnienie.

Pierdomenico Baccalario z niezwykłą łatwością zabiera czytelnika do świata magii, wyczarowując niesamowite przedmioty niczym te z bajek oraz stwory, które bardzo często podejrzewane są przez dzieci o ukrywanie się pod łóżkiem. W tym świecie stają się one żywe, wywołując podczas czytania lekki dreszczyk zaniepokojenia, który nie odpuszcza dopóki tajemnice nie zostaną ujawnione, a uwierzcie mi, na ich ilość w książce Baccalario nie można narzekać. Zagadki pojawiają się tam stopniowo, tak samo jak ich rozwiązania, jednak dopiero na finiszu zaczynają tworzyć całość, która zdumiewa. Co prawda, kilka kartek za półmetkiem historii wydaje się, że rozwiązanie powinno już nastąpić, jednak autor postanawia jeszcze trochę skomplikować fabułę i zwiększyć czas oczekiwania na finał, co według mnie w niektórych miejscach skutkuje kilkoma niepotrzebnymi akapitami, wnoszącymi znikomą ilość świeżości.

Mieszanka charakterów wyraźnie zaznacza swoją obecność w Applecross, którego mieszkańcy to poczciwi, prości ludzie, przyzwyczajeni do spokoju, braku pośpiechu w ich życiu. Tego natomiast nie można powiedzieć o rodzinie Lilych, która przybywa do wsi, zdumiewając od razu swoją ekstrawagancją i tajemniczością. Szczególne wrażenie zrobiła na mnie Aiby, córka Locana Lily, obecnego opiekuna Sklepiku Okamgnienie, która od razu znajduje w Finleyu, głównym bohaterze książki, dobrego kompana. Dziewczyna wielokrotnie zaskakuje swoim postępowaniem, nagłymi zniknięciami, a oprócz tego jest najbardziej interesującą postacią za sprawą tajemnicy, którą tak skrzętnie ukrywa, powodując moje zniecierpliwienie związane z rozwiązaniem tej zagadki. Co do Finleya, według mnie nie był on specjalnie ciekawą postacią i tylko fakt, że przypadkiem został wciągnięty w wir wydarzeń zapoczątkowanych przez rodzinę Lilych, sprawił, że w jakiś sposób postać chłopca nabrała kolorów, które i tak były bledsze niż te u Aiby.

"Walizka pełna gwiazd" to ciekawy początek nowej serii Pierdomenico Baccalario. Zapewnia kilka godzin świetnej przygody w malowniczej Szkocji w towarzystwie osobliwej Aiby i jej trochę mniej niezwykłego przyjaciela Finleya. Najbardziej ucieszy oczywiście młodszych czytelników, chociaż może i paru tych starszych okaże się dobrymi towarzyszami przygody. Jedno jest jednak pewne, powieść ta będzie rewelacyjną lekturą na wakacje.

***
Jak dobrze wrócić do pisania, czytania i do tego swojego małego świata. Niesamowite uczucie. 
Chyba przyszedł czas, żeby powitać tu w końcu wiosnę.
Mimo egzaminów, które czekają mnie za miesiąc i będą trwały parę tygodni, postaram się odzywać tutaj, bo dobrze jest wracać, ale jeszcze lepiej jest pozostawać. 
Miłego popołudnia oraz słonecznego weekendu wśród ukochanych ludzi i ciekawych książek Wam życzę!

niedziela, 11 sierpnia 2013

Nina i tajemnica ósmej nuty - Moony Witcher


Tytuł: "Nina i tajemnica ósmej nuty"
Autor Moony Witcher
Wydawnictwo: Olesiejuk
Stron: 312

Po sięgnięciu po pierwszą część cyklu powieści stworzonego przez panią Moony Witcher, postanowiłam zapoznać się również z drugą, nawet jeśli ta pierwsza nie zachwyciła mnie tak, jak na to oczekiwałam. Nie lubię niedokończonych serii, dlatego też od razu zaczęłam czytać kontynuację. A w niej...

Nina poszukuje drugiego Arkanu niezbędnego do pokonania Karkona. Niestety przeszkadza jej w tym nowy burmistrz Wenecji - wspólnik złego czarownika, który za wszelką cenę próbuje pozbyć się Niny i jej przyjaciół. Tym razem dzieci udają się do Egiptu, gdzie kontynuują misję dziadka Miszy, której celem jest większy dopływa dziecięcych marzeń na Xorax.

Druga część przygód dziewczynki z Szóstego Księżyca nie pędzi już z taką szybkością jak pierwsza. Za dużo miejsca poświęcone jest według mnie na "numeromagię" i jej objaśnienia, które z premedytacją omijałam, bo zwyczajnie mnie nudziły. Styl autorki się nie zmienił, nadal jest oszczędny w epitetach i opisach chociażby uczuć, a skupia się głównie na przekazaniu faktów, co akurat nie jest tak dobre, jak mogłoby się wydawać. Czasami wolałabym się dowiedzieć więcej o tym, co czuje główna bohaterka, jak przeżywa niebezpieczeństwa.

Jednak najgorszą zmorą tej książki jest bez wątpienia jej tłumaczenie, które po prostu doprowadzało mnie do szału. Od razu widać, że tłumacz nie przeczytał pierwszej części przygód Niny przed zabraniem się do pracy, co poskutkowało tym, że Pąpuś Mydlinek został nazwany Gąbkiem (tego po prostu nie mogę wybaczyć, przecież Gąbek brzmi tak pospolicie), Adonis zastąpiony Adonem, a Sala Dożów Salą Doży. Mogłabym wymieniać dalej, ale raczej nie ma to sensu, nie umniejszy to mojej frustracji. Ten pomysłowy zabieg, który wykonano na potrzeby tłumaczenia, sprawił, że z początku nie potrafiłam zrozumieć, o których postaciach mowa w pewnych momentach, przyjemne uczucie.

Na szczęście Nina przestała być w tej części taką egoistką, więc już mnie tak nie denerwowała. Za to Dodo, który wcześniej trząsł wciąż portkami, wykazał się tutaj odwagą i nawet mi zaimponował, szkoda, że tak drogo za to zapłacił. Pani Witcher postanowiła też zapoznać nas bliżej z nauczycielem Niny - profesorem José, który bardzo pomógł dzieciom w walce z Karkonem i LSL - burmistrzem, również nowym bohaterem, jednak nie tak sympatycznym jak ten pierwszy. W niektórych momentach miałam go ochotę udusić go za te wszystkie kłamstwa i fałszywe zachowanie, oby w kolejnej części szybko stracił posadę.

Niepewność skłania nas do myślenia. A potem odkrywamy, że rozwiązanie było proste. Było tuż obok, w sercu, w głowie. Pośpiech i przekonanie o własnej racji nigdy nie popłaca. Należy zwłaszcza dostrzegać szczegóły, aby podjąć właściwą decyzję.

"Nina i tajemnica ósmej nuty" to ciekawa kontynuacja "Dziewczynki z Szóstego Księżyca", jednak utrzymana na niespecjalnie wysokim poziomie. Wszystkich, którzy zaczęli już przygodę z tą serią zachęcam do sięgnięcia po drugą część, uważam, że jeśli chodzi o akcję, trzyma poziom swojej poprzedniczki i nadal skutecznie zwiększa moją sympatię do Xorax. Szkoda tylko, że powieść ta została tak niefortunnie przetłumaczona...

Moja ocena: 6/10

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania


***
W końcu udało mi się zebrać i napisać recenzję. Ładna pogoda i upał w tym tygodniu zdecydowanie nie wpływały dobrze na jakikolwiek wysiłek umysłowy. Na szczęście teraz trochę się ochłodziło (tzn. temperatura nie przekracza już 30 stopni Celsjusza) i można jakoś normalnie funkcjonować. :) 
Jutro, mimo ogromnej niechęci, muszę porozglądać się za podręcznikami, nie chcę obudzić się z ręką w nocniku tuż przed rozpoczęciem roku, dlatego wolę teraz skompletować wyprawkę. 
Aktualnie pochłaniam Delirium, przekroczyłam już połowę książki, o moich wrażeniach dowiecie się już niedługo. 

Miłego wieczoru!

Zostawiam Was z śliczną piosenką. ♥

czwartek, 1 sierpnia 2013

Dziewczynka z Szóstego Księżyca - Moony Witcher

Tytuł:  „Dziewczynka z Szóstego Księżyca”
Autor: Moony Witcher
Wydawnictwo: Panteon
Stron: 304

Dzieci zbyt rzadko marzą i fantazjują. Nie ma się zresztą czemu dziwić, skoro rzadko wysilają swoje szare komórki ‒ wszystko mają podane na tacy. Internet i telewizja nie wymagają od nich specjalnego wysiłku w zinterpretowaniu treści. Czy jedenastoletnia dziewczynka i jej czworo przyjaciół są w stanie sprawić, aby dzieci zaczęły w końcu myśleć i fantazjować?

W chwili rozpoczęcia książki Nina mieszka w Madrycie wraz z dwiema ciotkami, które się nią opiekują. Pewnego dnia dostaje list od swojego dziadka Miszy. Mężczyzna prosi ją, aby przyjechała do niego, do Wenecji. Jeszcze przed wyjazdem dziewczynka dostaje wiadomość, że jej dziadek umarł, jednak nie zmienia swoich planów i wyrusza w podróż. Na miejscu kontynuuje to, co rozpoczął Misza, z pomocą alchemii i czworga przyjaciół staje do walki o planetę Xorax, którą mogą uratować tylko twórcze myśli dzieci.

My, małe istoty o szarych umysłach, musimy się wiele nauczyć. My, żyjący krótko i bez celu, musimy patrzeć w niebo i rozmyślać.

Przyznam się, że przeczytałam tę powieść już po raz drugi. Za pierwszym razem miałam mniej więcej 12 lat i byłam po prostu zachwycona przygodami Niny, mogłam o nich opowiadać godzinami. Teraz chyba się postarzałam, bo książka nie wywarła na mnie już takiego wrażenia jak wcześniej, a oprócz tego zauważyłam w jej treści kilka mankamentów. Język powieści jest bardzo prosty i niewymagający, pozbawiony środków wyrazu, które by go urozmaiciły. Autorka podaje nam suche fakty ‒ Nina zrobiła to, a potem zajęła się tamtym, a Luba powiedziała to i poszła. I tak prawie cała historia utrzymana jest w podobnym schemacie, co miejscami jest dosyć denerwujące. Nie mamy także szans na lepsze poznanie przyjaciół głównej bohaterki, bo zostali oni opisani tylko kilkoma przymiotnikami, co i tak wystarcza, by stwierdzić, że są szablonowi. Sama Nina jest trochę nierealna, według mnie zbyt odważna jak na jedenastoletnią dziewczynkę i czasami wręcz egoistyczna, prawie wszystko chce wykonać sama, dlatego często zdarza jej się po prostu spławiać swoich towarzyszy.

Książka mimo słabego wykonania zawiera jednak pewne przesłanie. Nakłania do fantazjowania, snucia marzeń, bo to właśnie one charakteryzują dzieci i czynią każde z nich pięknym, bo maluchy i te większe smyki potrafią kolorować świat swoimi myślami. Jednak w dobie komputerów, Internetu, telewizji bardzo często zapominają o tej umiejętności. Najwspanialszą rzeczą w tej książce jest zdecydowanie planeta Xorax. Została ona niezwykle pięknie przedstawiona i w ogóle sam pomysł na stworzenie takiego przyjaznego świata jest genialny. Istoty zamieszkujące tę przestrzeń są przyjazne i jednym słowem magiczne. Trudno się oprzeć niektórym z nich, np. Pąpusiowi Mydlinkowi, który wygląda jak chmurka, a do tego wypuszcza ze szczęścia bańki. O wyglądzie stworzonek z Xorax możemy dowiedzieć się z bardzo ładnych i świetnie dopasowanych do treści ilustracji.

Podsumowując, „Dziewczynka z Szóstego Księżyca” to książka z potencjałem, który nie został odpowiednio wykorzystany. Pozwala przenieść się do magicznego laboratorium, odwiedzić Wyspę Wielkanocną, planetę Xorax, jednak nie jest typem literatury wysokich lotów, dlatego wymagający czytelnicy mogą być nią rozczarowani. Po tę powieść powinny sięgnąć jednak dzieci, które z przyjemnością będą śledzić losy małej adeptki alchemii, dlatego to właśnie im polecam tę książkę.

Moja ocena: 7/10

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania

***
Uff, w końcu dokończyłam tę recenzję. 
Trudno mi uwierzyć, że dzisiaj mamy już 1 sierpnia, czyli połowa wakacji jest już za nami. Ale nie to jest najważniejsze w dzisiejszym dniu. 

Dokładnie 69 lat temu, o 17 (tzw. Godzina W) wybuchło powstanie warszawskie. Pamiętajmy o jego uczestnikach, poległych i o godzinie 17 zatrzymajmy się na chwilę, przerwijmy pracę, czytanie książki itd., by uczcić minutą ciszy pamięć tych, którzy dzielnie walczyli.

To film o Warszawie w dniu 1 sierpnia we współczesnych czasach.

poniedziałek, 11 marca 2013

Biała jak mleko, czerwona jak krew - Alessandro D'Avenia

Tytuł: "Biała jak mleko, czerwona jak krew"
Autor: Alessandro D'Avenia
Wydawnictwo: Znak
Stron: 312

Ale miłość to coś innego. Miłość nie daje spokoju. Miłość jest bezsenna. Miłość obdarza siłą. Miłość jest szybka. Miłość jest jutrem. Miłość to tsunami. Miłość jest czerwona jak krew.

Leo to z pozoru zwykły szesnastolatek, który uwielbia grać w piłkę nożną ze swoimi kolegami, często urządza sobie przejażdżki skuterem i tak jak prawie większość jego rówieśników nie lubi szkoły. Jednak nie jest on takim typowym egzemplarzem człowieka, dlatego że świat postrzega w kolorach. Dla niego biel to cisza i samotność, czerwień to miłość i Beatrice - dziewczyna, w której jest od jakiegoś czasu zakochany, ale ona nie wie o jego istnieniu. Kiedy chłopak dowiaduje się, że rudowłosa piękność jest chora na białaczkę, rozpoczyna wyścig z czasem, chce nacieszyć się obecnością Beatrice i ją uszczęśliwić.

Współczesne Love Story - tak głosi przypis umieszczony na przepięknej okładce książki. Czy to odpowiednia zapowiedź tego, co w niej znajdziemy? Mnie przysłowiowe Love Story kojarzy się z banalną, łzawą historią o miłości, która zazwyczaj nic nie wnosi do naszego życia, a jedynie sugeruje, że po nas też przyjedzie kiedyś rycerz na białym koniu i będziemy żyli z nim długo i szczęśliwie. "Biała jak mleko, czerwona jak krew" to inna bajka, fabuła nie skupia się tu tylko i wyłącznie na przedstawieniu pierwszej czystej i niewinnej miłości nastolatków. Jest to książka także o podążaniu za swoimi marzeniami, szukaniu celu życia, relacjach między ludźmi. I chociaż od początku wiedziałam, jak się zakończy cała historia, nie odebrało mi to przyjemności z jej lektury.

Powieść jest napisana prostym, a jednak pięknym językiem. Alessandro D'Avenia pisze jak poeta, niektóre zdania czytałam po kilka razy, aby jak najdłużej zachować je dla siebie. Dosłownie chwyta słowami za serce.

Narratorem w książce jest Leo, mamy całkowity dostęp do jego uczuć i przemyśleń. Trochę mnie zdziwiło to, że zakochał się w dziewczynie, której tak naprawdę nie zna i nie zamienił z nią ani jednego słowa. Czy to można nazwać miłością? Według mnie to jedynie fascynacja drugą osobą, której widok sieje zamęt w głowie, jednak zmieniłam swoje zdanie, kiedy chłopak musiał zmierzyć się ze świadomością, że Beatrice niedługo umrze. Szczęście dziewczyny w ostatnich dniach jej życia stało się dla niego dobrem nadrzędnym, priorytetem.

Miłość istnieje nie po to, by dać nam szczęście ale po to, byśmy mogli sprawdzić, jak silna jest nasza odporność na ból.

Uważam, że wątek Silvii, najlepszej przyjaciółki Lea, niesamowicie uszlachetnił całą historię. Może to dlatego, że mam z nią trochę wspólnego. Strasznie było mi jej żal, kiedy widziałam, jak cierpi, gdy Leo opowiada o Beatrice, prosi ją o napisanie do dziewczyny listu. Ale Silvia przez cały ten czas jest prawdziwą przyjaciółką, mimo że raz popełnia błąd świadczący o tym, że nie jest idealna i że zależy jej na nieświadomym jej uczucia, Leonardzie. I chyba to właśnie Silvię najbardziej polubiłam z całej książki, chociaż Beatrice także mnie na swój sposób oczarowała. Choroba sprawia, że dziewczyna zaczyna postrzegać życie jako prezent, który trzeba szanować i być za niego wdzięcznym, wielokrotnie zakręciła mi się łza w oku, kiedy czytałam, jak o tym mówi. Dzieląc się swoimi spostrzeżeniami z Leo sprawia, że chłopak zaczyna dostrzegać, jak kruche jest ludzkie istnienie i że tylko on ma wpływ na to, czy będzie mógł kiedyś powiedzieć, że miało ono sens.

Tak to już jest na tym świecie, że nie zauważa się tego, co ma się najbliżej.

"Biała jak mleko, czerwona jak krew" to powieść, przy której płakałam, uśmiechałam się i rozmyślałam. Ukazuje miłość, przyjaźń, rodzinę, marzenia jako wartości, o które zawsze trzeba walczyć i doceniać. Jest to jedna z piękniejszych książek, jeśli nie najpiękniejsza, jakie miałam okazję przeczytać w swoim krótkim życiu i z pewnością nie pozostanę obojętna na przesłanie, które za sobą niesie. Polecam i będę ją polecać każdemu, niezależnie od wieku, płci, zainteresowań, dlatego że daje nadzieję na lepsze jutro oraz nakłania do szukania szczęścia w realizacji marzeń i innych ludziach.



Moja ocena: 10/10

***
Kochana Zimo, dziękuję za śnieg! ♥
W końcu mam już długo wyczekiwane rekolekcje. (: Powinna uczyć się teraz na konkurs z geografii, ale chyba trochę się rozleniwiłam po zdobyciu laureata z j. polskiego, no cóż. XD Dobra, może jednak się zmuszę, żeby potem nie mieć do siebie pretensji, że za mało się starałam, ale z pewnością w czasie przerw od nauki, poczytam coś sobie. Tylko co: Hobbita czy Zabić drozda? Mój odwieczny problem, nigdy nie potrafię się zdecydować, od której książki zacząć. : D

Trzymajcie się ciepło!
PS. Nie byłabym sobą, gdybym się nie pochwaliła! Ostatnio udało mi się wygrać konkurs na blogu Patiopei, już nie mogę się doczekać, kiedy dotrze do mnie nagroda i będę mogła ją najpierw przeczytać, a potem zrecenzować. (:

środa, 23 stycznia 2013

Kod królów - Pierdomenico Baccalario

Tytuł: "Kod królów"
Autor: Pierdomenico Baccalario
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Stron: 336

Książka o książkach? Moja odpowiedź zawsze brzmi "Tak". A jeśli jest to jeszcze naprawdę dobra i ciekawa pozycja - jestem w siódmym niebie.

Pierdomenico Baccalario to pochodzący z Piemontu pisarz, który zyskał uznanie wielu czytelników na świecie dzięki serii "Ulysses Moore", z wykształcenia prawnik, z zamiłowania właściciel potężnej biblioteki.

Beatrycze to zwykła czternastolatka. Jej rodzice wyjechali do Ameryki, a ona spędza lato u swojego wujka Glauca, mieszkającego w Turynie. Brat mamy dziewczyny jest właścicielem księgarni antykwarycznej "Pod złotym słońcem". Beatrycze nie jest zachwycona wizją wakacji w otoczeniu półek z książkami. Nie wie jednak, że za sprawą wizyty jednej klientki, potencjalnie nudne lato stanie się niezapomnianą przygodą. Bea i Glauco będę poszukiwać kilkunastu wyjątkowych książek , które są kluczem do poznania uniwersalnego języka świata, Języka Królów. Czy w porę zorientują się do czego potrzebne są te dzieła chciwemu zleceniodawcy Zakharowi?

Od razu wiedziałam, że "Kod królów" to książka dla mnie, ponieważ wydarzenia rozgrywają się we Włoszech (to kraj, który chcę odwiedzić), a dokładnie w Turynie. Dzięki tej książce mogłam przenieść się do tego uroczego miasta i wraz z głównymi bohaterami przemierzać turyńskie uliczki, zjeść obiad w kawiarence, poznać podziemny świat bezdomnych i zwiedzić muzea, nie wychodząc z domu. A wszystko to dzięki wyobraźni, którą pobudziły plastyczne opisy tego pięknego, "innego" świata z perspektywy dnia i nocy.

Cała powieść jest oparta na jednym wątku - poszukiwaniu książek i związanego z nimi Słownika. Jednak nieskomplikowaną fabułę ubarwia zawiła historia Języka Królów, którą miałam okazję poznawać wraz z głównymi bohaterami. Początek jest raczej spokojny i nie obfituje w żadne ekscytujące wydarzenia, ale to dosyć myląca zapowiedź tego, co wydarzy się później. Rozwój wypadków gwarantuje zastrzyk emocji.

Autor wykreował naprawdę ciekawe i na swój sposób wyjątkowe postacie. Większość z nich należy do środowiska bibliotekarzy, księgarzy i kolekcjonerów książek, są to dosyć ekscentryczni ludzie, nie mniej jednak interesujący. Główna bohaterka, Beatrycze, przebywając ze swoim wujkiem, ma okazję zapoznać się z tajemniczym światem białych kruków, ex librisów, mimo że nie należy do pasjonatów literatury. Przyznam się, że na początku jej nie polubiłam. Zwykła, bystra dziewczyna i tyle. Dopiero późniejsze wydarzenia uświadomiły mi, że jest ona odważna i zawsze gotowa do pomocy tym, którzy są w potrzebie. Glauco to kolejna sympatyczna postać, która zyskała mój szacunek. Wszystkie swoje książki traktuje z namaszczeniem i nie kolekcjonuje ich dla zysku, robi to, bo je kocha. Jest także miłym i mądrym człowiekiem, uczy swoją siostrzenicę dostrzegać piękno w szeleszczących stronicach oprawionych okładkami.

Książki są żyjącymi istotami, rodzą się, stają się członkami twojej rodziny, a potem, jeśli są źle traktowane, w końcu... odchodzą.


Prosty język, którym posłużył się pan Baccalario, spowodował, że błyskawicznie pochłonęłam książkę. Teraz żałuję, że stało się to aż tak szybko. Przyjemnie mi się czytało także za sprawą ogromnej czcionki. Mimo kilku literówek, które udało mi się wychwycić, jestem i tak zadowolona z tego wydania.


"Kod królów", chociaż jest skierowany do młodzieży, polecam wszystkim, niezależnie od wieku. To książka, która intryguje, zachwyca i skłania do refleksji, co czyni ją naprawdę interesującą i unikalną lekturą. Wystarczy tylko przewrócić kilka jej stron, by poczuć zapach podstarzałych woluminów i niesamowitej przygody...

Moja ocena: 9+/10


***
Nareszcie ferie! Mam czas na czytanie książek, leniuchowanie, spotkania z przyjaciółką i saneczki (najbliższe i pierwsze w tym roku, już jutro). (: Z poniedziałku na wtorek nocowałam w szkole, moja nauczycielka z polskiego zorganizowała nocny maraton filmowy. Obejrzałam tylko jeden film - jakiś beznadziejny, bardziej śmieszny niż straszny horror. Całą noc spędziłam z koleżankami i kolegami na mrocznych korytarzach szkoły grając w karty, chowanego i mafię (naprawdę interesująca gra!). To była chyba najlepsza noc filmowa, na jakiej byłam (a byłam już razem na 3).