Jeśli chcesz nadal czytać najnowsze posty na tym blogu, dodaj się ponownie do obserwatorów (najpierw usuń siebie, potem dodaj). Zmieniłam jakiś czas temu adres bloga, dlatego teraz moje ostatnio dodane posty wyświetlają się tylko tym, którzy dodali się do obserwatorów po tej zmianie. Będę bardzo wdzięczna, jeśli jeszcze tu wrócisz. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 stycznia 2014

McDusia - Małgorzata Musierowicz

Tytuł: "McDusia"
Autor: Małgorzata Musierowicz
Wydawnictwo: Akapit Press
Liczba stron: 296

Magiczna atmosfera Świąt Bożego Narodzenia jest dla mnie naprawdę ważna, dlatego też zawsze staram się jak najdłużej ją zachować. W tym roku postanowiłam zachować świąteczny nastrój przy pomocy świetnej serii pani Małgorzaty Musierowicz i mój wybór padł na "McDusię".

Przybyłam do domu kochanych Borejków wraz z tytułową Magdusią (córką Kreski i Maćka Ogorzałków), którą to Ida ochrzciła przezwiskiem McDonaldusia z powodu umiłowania, jakim dziewczyna otacza chipsy i fast-food'owe jedzenie. Rodzinę Borejków zastałyśmy w trakcie przygotowań do Wigilii oraz ślubu córki Gabrysi, Laury z Adamem. Nie zabrakło dla nas miejsca przy stole, a także radosnego nastroju. Oprócz tego, McDusia wpadła w oko Ignasiowi oraz znalazła chwilę na rozmyślania o swojej rodzinie. Warto był przyjechać do Poznania? Oczywiście!

O 19. części "Jeżycjady" słyszałam już różne opinie. Jedne mówiły o tym, że seria ta utraciła swój urok, a jeszcze inne były przeciwne temu stwierdzeniu. Jednak ja nie miałam okazji zastanowić się nad tą kwestią, ponieważ dotychczas przeczytałam tylko 3 części "Jeżycjady" i szczerze mówiąc na razie nie potrafię ich porównać. Może to i dobrze, bo nie potrafiłabym powiedzieć o niej żadnego złego słowa. Może i nie wszystkie książki spod pióra pani Musierowicz są idealne. Może i czasami ukazują wszystko zbyt idealistycznie. Ale na pewno nie można im odmówić tego, że wciąż potrafią bawić i wzruszać kolejne pokolenia.

Mgnienie następuje po mgnieniu, chwila odmienia się po chwili, sekunda zbiega po sekundzie - i nawet nie widać, jak przemija epoka.

Kolejny raz autorka zadbała o swoich bohaterów, Ignaś pokazał, że potrafi być mężczyzną, Józinek na każdym kroku zaskakiwał, a dziadkowie ze spokojem przyglądali się, jak dorastają młode latorośle. McDusia tymczasem trochę nie pasowała do obrazu tej rodziny poprzez swój charakter podobny do wielu dzisiejszych nastolatek. Nie pomagała tu także Ida, która często złośliwie komentowała Magdę, co trochę mnie denerwowało. Na szczęście jednak mimo kilku niemiłych akcentów, pobyt w Poznaniu pomógł dziewczynie lepiej poznać siebie i znaleźć dogodne miejsce wśród otaczających ją wokoło bliskich osób, co mnie bardzo ucieszyło. Oprócz tego ujęły mnie również rozmowy o poezji w rodzinnym gronie i cytaty z wierszy, które przewijały się między rozdziałami. Natomiast melancholią natchnęły mnie wspomnienia związane z profesorem Dmuchawcem, by potem ustąpić miejsca nadziei, której były źródłem wspaniałe prezenty przygotowane przez niego dla byłych uczniów. I jak tu nie polubić tej części?

Na zakończenie mogę powiedzieć, że "McDusi" udało się zaskarbić moją sympatię. Mimo kilku wad, które pewnie posiada, przeżycie z nią takich drugich, literackich Świąt było dla mnie wspaniałym doświadczeniem. I jestem bardzo wdzięczna pani Musierowicz za to, że z całej tej radości, ciepła i bezinteresownej obecności, którą nasycona jest ta część "Jeżycjady", mogłam i ja skorzystać.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję


***
Jako że coś ostatnio szwankuje mi Blogger, chciałabym Was zaprosić do przeczytania mojego posta, który pojawił się 2 dni temu, ale nie ukazał się na pulpicie nawigacyjnym. Jest w nim kilka ważnych informacji, i technicznych, i noworocznych. Najważniejsza jest, jak już pewnie zauważyliście, kwestia zmiany adresu mojego bloga. :) 

środa, 24 lipca 2013

Kłamczucha - Małgorzata Musierowicz

Tytuł: „Kłamczucha”
Autor: Małgorzata Musierowicz
Wydawnictwo: Akapit Press
Stron: 220

Kłamstwo ma krótkie nogi – chyba każdy zna to przysłowie. Pewnie zdarzało się nam powiedzieć komuś coś niezgodnego z prawdą, a potem czerwienić się jak piwonia, gdy ta osoba odkryła kłamstwo. I jeden raz pewnie nam wystarczył, by po raz drugi nie stosować tej metody.

Aniela Kowalik poznaje w swoim rodzinnym mieście, Łebie, Pawła, który przyjechał tu na wakacje. Dziewczyna od razu się w nim zadurza, jednak nie może nacieszyć się nim zbyt długo, bo chłopak musi już wracać do Poznania. Nastolatka nie może przestać myśleć o Pawełku, więc decyduje się przeprowadzić do stolicy Wielkopolski i zamieszkać z rodziną i zacząć naukę w liceum na profilu poligraficznym.

Już po raz drugi pani Musierowicz ujęła mnie swoim lekkim i swobodnym piórem, dzięki któremu lektura była bardzo przyjemna. Zabawne epizody, których dostarczały bliźnięta Romcia i Tomcio, wzbogacały humorystycznie całą akcję oraz były świetną odskocznią od wszędobylskich kłopotów miłosnych Anieli. Nie to żebym coś do niej miała, ale czasami te jej rozterki były denerwujące.

Sam charakter głównej bohaterki był jednak dosyć ciekawy, bo dziewczyna łatwo wybuchała, była inteligentna i świetnie umiała grać; słowem – dobra z niej aktorka. I to chyba właśnie ten fakt sprawił, że aż tak łatwo przychodziło jej okłamanie innych. Z pozostałych bohaterów najbardziej spodobali mi się Romcia i Tomcio, mieli niebywałe umiejętności wpadania w tarapaty oraz Mamert i Tosia, rodzice bliźniąt. Nie polubiłam jednak Roberta, bo skakał za tą Anielą jak piesek, a Pawełek – jakoś nie mam o nim zdania, ale pod koniec książki trochę mi było go żal. W tej części nie zabrakło też postaci z Szóstej klepki, mam na myśli Hajduka, Cesię, Dankę i Dmuchawca, szkoda tylko, że mieli tylko niewielki udział w całej historii.

Większość akcji oparta jest na kolejnych kłamstwach Anieli. Są one dosyć zabawne (nie każdy przecież potrafiłby przedstawić się fałszywym nazwiskiem i imieniem takim jak Franciszka Wyrobek), jednak i tak trudno było mi uwierzyć jak można być tak zachłannym i jednocześnie głupim, żeby okłamać aż tylu ludzi, w dodatku tak życzliwych w stosunku do Kowalikówny. Na szczęście na koniec dziewczyna dostaje nauczkę i zauważa, że źle postępowała. Dzięki temu książka przybiera na wartości, bo zawiera przydatną naukę, którą bardzo łatwo można zinterpretować.

Instynkt samozachowawczy budzi się w człowieku dość późno. Obawiam się, że w tobie śpi jeszcze suseł.

„Kłamczucha” to świetna i lekka lektura na wakacje i chyba nawet w każdym okresie. Pozwala się przenieść na chwilę do PRL-u i razem z nimi przeżywać rozterki wieku młodzieńczego. Moim skromnym zdaniem była trochę gorsza od pierwszej części Jeżycjady, ale i tak nie zmienia to faktu, że na prawdę warto ją przeczytać. Polecam!

Moja ocena: 7/10

***
Nadal utrzymuje się w moim mieście brzydka pogoda. Nawet na rower nie mogę wyjść, bo strasznie mocno wieje wiatr. Ale nawet to nie przeszkodziło mi w wybraniu się na lodowisko. Było wspaniale! Wyjeździłam się po wszystkie czasy i wróciłam z obdrapanymi kostkami nóg. :D 
Dzisiaj zamierzam odwiedzić siostrę cioteczną. Jak pogoda się w końcu poprawi, pojadę na kilka dni na działkę, szkoda, że teraz jest za zimno. 
Miłego dnia!

czwartek, 18 lipca 2013

Szósta klepka - Małgorzata Musierowicz

Tytuł: „Szósta klepka”
Autor: Małgorzata Musierowicz
Wydawnictwo: Akapit Press
Liczba stron: 188

Stworzonej przez panią Małgorzatę Musierowicz „Jeżycjady” raczej nikomu nie trzeba przedstawiać. Bawiła i nadal bawi kolejne pokolenia; nawet te, które otacza zupełnie inna rzeczywistość niż wszechobecny w tej serii PRL. Do cyklu o losach mieszkańców osiedla Jeżyce próbowałam się przekonać przez kilka lat. Oczywiście z marnym skutkiem… Jednak w minione wakacje postanowiłam zrobić jeszcze jedno podejście. Tym razem zakończyło się sukcesem.

W „Szóstej klepce” poznajemy Celestynę Żak, która jest zakompleksioną nastolatką. Nie potrafi się odnaleźć w nowej klasie i nie ma chłopaka. Do tego dochodzi jeszcze Julia, jej piękna siostra, której wygląd tylko utwierdza Żakówną w przekonaniu, że jest do niczego. Przez owe problemy Cesia nie zauważa, że od jakiegoś czasu jeden z kolegów z jej klasy (według niej niegodny uwagi) chodzi za nią w drodze do szkoły. Oprócz tego domownicy nagminnie wykorzystują ją do prac domowych: sprzątania, gotowania i tym podobnych. W końcu dziewczyna bierze sprawy w swoje ręce i zaczyna decydować sama o sobie.

Od pierwszej strony książki można poczuć swoisty klimat PRL-u, kiedy to ulice były szare i takie nijakie, a przy każdym ze sklepów ustawiały się długie kolejki ludzi, którzy chcieli kupić np. mięso. Jednak wbrew pozorom nastrój powieści nie jest tak bury, jak mogłoby się wydawać. Stoi za tym emanująca ciepłem i radością rodzinka Żaków. Jest to tak sympatyczna i swojska familia, że każdy może znaleźć w niej miejsce dla siebie, nawet jeśli byłoby trochę ciasno w tym ich niedużym mieszkaniu przy ulicy Słowackiego. Żakowie to duża i niezwykle barwna gromadka: tata nazywany Żaczkiem, mama, dziadek, siostra Julia, ciocia Wiesia i kuzyn Bobcio, który nie raz rozbawił mnie swoimi pomysłami (na przykład rozpaleniem ogniska na balkonie).

Główna bohaterka, Celestyna, może i nie zachwyca osobowością – bo jak każda typowa nastolatka jęczy, że jest brzydka – ale przynajmniej można na niej zawsze polegać, ponieważ nigdy nie zostawia w potrzebie swoich bliskich. Czasami tylko, według mnie, jest zbyt potulna i za bardzo pozwala sobą rządzić. Natomiast jej przyjaciółka, Danka, to moim zdaniem chyba najbardziej irytująca postać w tej książce. Stara się być dramatyczna i udaje nieszczęśliwą artystkę, ale w rzeczywistości to zwykła histeryczka. Nie rozumiem, dlaczego Cesi tak zależy na jej przyjaźni.

Pracować nad sobą trzeba do końca życia, bo zawsze jeszcze można coś poprawić.

Pani Musierowicz przez zastosowanie lekkiego i ciekawego stylu opowiada o przygodach rodziny Żaków. Nawet nie zauważyłam, kiedy dotarłam do ostatniej strony. Dzięki tej autorce przekonałam się, że polscy pisarze też potrafią stworzyć coś ciekawego. Wcześniej byłam innego zdania. Akcja nie pędziła z zawrotną szybkością, ale i tak ani razu mnie nie znudziła, czego dowodem jest to, że przeczytałam tę powieść za jednym razem, bez przerw. To pewnie za sprawą kilku wątków. Mamy tu bowiem wzmiankę o miłosnych kłopotach Cesi, szczyptę jej problemów z Danką oraz kilka białych myszy na dokładkę. Każdy więc znajdzie tu coś dla siebie.

Jestem pozytywnie zaskoczona tym, że aż tak miło spędziłam czas z tą powieścią. Nie liczyłam na żadną rewelację, a tu jednak spotkała mnie niespodzianka. Uważam, że „Szósta klepka” może spodobać się każdemu: zarówno młodszym czytelnikom, jak i tym starszym, którzy pewnie chętnie przypomną sobie czasy PRL-u. To doskonała książka na jeden (najlepiej jesienny lub zimowy) wieczór. Książka ta działa jak "rozweselacz", opowiadając o zabawnych perypetiach pewnej nastolatki i jej zwariowanej rodziny.

Moja ocena: 8/10

***
W końcu wyjrzało Słońce! Miałam już dość tych pochmurnych, ponurych dni. Plan na dzisiaj? Poczytać książkę, zajrzeć do moich kochanych języków i obejrzeć 1-2 odcinków Zbuntowanych.
Adiós!

środa, 6 marca 2013

Wiosna 1941 - Ida Fink

Tytuł: „Wiosna 1941”
Autor: Ida Fink
Wydawnictwo: WAB
Stron: 200

II wojna światowa to niewątpliwie wciąż świeży temat, mimo że od jej wybuchu minęło już ponad 70 lat, nadal budzi ona w ludziach strach i żal, bo wojna to piekło, nieustanna walka o przetrwanie.

„Wiosna 1941” to zbiór 21 niewielkich rozmiarów opowiadań poruszających temat Holocaustu z perspektywy jego ofiar. Ukazują one losy pozornie niezwiązanych ze sobą ludzi, którzy muszą mierzyć się z wojenną rzeczywistością. Chociaż bohaterów poszczególnych opowiadań nie łączą żadne więzi, są oni do siebie podobni. Każdy z nich nie jest mile widziany w społeczeństwie, które chcą wykreować okupanci, dlatego ukrywają się i żyją w strachu o to, czy następny dzień nie będzie tym ostatnim.

Pani Ida Fink stworzyła opowiadania, które mimo że są proste w swojej postaci, niezwykle oddziałują na czytelnika. Brutalne, a jednak tak autentyczne. Czytając, miałam wrażenie, jakbym także była uczestnikiem wydarzeń albo chociaż ich obserwatorem. Autorka pisze zwyczajnie, ubiera w proste słowa rzeczy straszne, a jednak to, co ma do przekazania, trafia tam gdzie powinno, do serca. I nie raz powoduje potok łez.

Wrócę teraz do bohaterów. Czy to właściwe określanie dla Nich? Nie biorą udziału w walce, nie wykazują się heroizmem, nie budzą podziwu, raczej współczucie, ale każdy z nich reprezentuje cywila, który nie ma żadnej gwarancji na to, czy doczeka jutra, czy będzie miał jeszcze okazję spotkać swoich bliskich. Najstraszniejsze jest to, że wojna odbiera prawo do miłości, bezpieczeństwa, szczęścia, a my nadal nie potrafimy docenić tego, że żyjemy w wolnym kraju, że możemy się rozwijać i czuć się bezpiecznie. Takie błahe sprawy, jak jedynka z matematyki, kłótnia o to, kto pozmywa po obiedzie, są niczym przy okrucieństwie wojny, Holocaustu, którego jesteśmy świadkiem w opowiadaniach pani Fink.

Nasz słownik napęczniał nieznanymi dotychczas wyrazami oraz dziwnymi skrótami przydługich terminów, a słowo „akcja” nabrało rangi słowa naczelnego, dominującego w tym czasie, jaki niektórzy – popełniając pomyłkę naiwnych – zwykli byli nazywać czasem wojennym.

„Wiosna 1941” jest smutną lekturą na jeden wieczór, która otworzyła mi oczy na to, co ważne i istotne. Dopiero teraz wiem, że jestem szczęściarą, bo mogę chodzić do szkoły, mieć przyjaciół, rodzinę, dom i korzystać z uroków życia. Świadomość, że inni nie mieli takiego szczęścia, smuci mnie i utwierdza w przekonaniu, że muszę to szanować. Polecam tę książkę każdemu, prawda, którą za sobą niesie, mimo że bolesna, wzrusza.

Moja ocena: 8/10

***
Dzisiaj znowu nie poszłam do szkoły, uczę się do jutrzejszego konkursu z j. polskiego, tym razem muszę się postarać. Z chemii mi się nie udało, ale nie popadam w rozpacz, finalista też jest ok. (; Trochę mnie przeraża ilość zaległości po prawie tygodniu nieobecności w szkole, no ale czego się nie robi dla laureata? XD 
Następny tydzień będzie spokojniejszy, 3 dni rekolekcji, konkurs z geografii + 1 dzień na naukę, czyli cały tydzień bez szkoły, hahahahaha! Nie mogę się doczekać. : >
A teraz uciekam powtarzać gatunki literackie.
Trzymajcie jutro za mnie kciuki!

wtorek, 26 lutego 2013

Samotność bogów - Dorota Terakowska

Tytuł: Samotność Bogów”
Autor: Dorota Terakowska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Stron: 208

Samotność, wydawać by się mogło, dotyka tylko ludzi, najczęściej tych starszych, chociaż nie omija także młodszego pokolenia, bolesna i okrutna, ale tylko wtedy, gdy przychodzi bez pozwolenia, niektórzy przecież sami ją wybierają. Czy to możliwe, że może dotyczyć też bogów? Odpowiedź na to pytanie możemy znaleźć właśnie w książce „Samotność Bogów”.

Historia przedstawiona w powieści zabiera nas do dosyć odległych czasów, są to początki kształtowania się chrześcijaństwa na ziemiach Słowian. Od ponad 150 lat nie czczą już oni bóstw, które były kiedyś nieodłącznym fundamentem wiary ich przodków, za sprawą rozwoju Cywilizacji, swoje troski, radości powierzają teraz Bogu Dobroci, który jest wybaczający, sprawiedliwy i tak różny od swoich poprzedników budzących w ludziach strach. Jeden z członków pewnego plemienia zostaje wezwany przez najpotężniejszego ze starych bóstw – Światowida do wypełnienia misji. Bóg ten mieszka na wyspie, którą oddziela od wioski Tabu, tylko wybrani mogą się tam dostać. Jon musi poświęcić swoje życie, by sprostać zadaniu, które wyznaczył mu Światowid, zwany Bezimiennym.

Pani Dorota Terakowska porusza w swojej książce nietypowe zagadnienie – śmierć bogów. Kiedyś potężny i budzący grozę Światowid, powoli umiera, opuszczony przez swoich wyznawców, jest pogrążony w bolesnej agonii, która nie tylko we mnie budzi współczucie. Bezimienny nie jest też obojętny Jonowi, młodzieniec, mimo że bóg naraża go na wiele niebezpieczeństw, częściej odbiera niż daje, postanawia pomóc mu umrzeć, ukoić ból poprzez ostatnią posługę.Początek książki raczej nie wróżył ujmującej lektury, powiem więcej, przez pierwsze 30 stron walczyłam ze sobą, żeby nie odłożyć tej powieści. Teraz się cieszę, że ją kontynuowałam, bo dalszy ciąg naprawdę mnie pozytywnie zaskoczył.

Im wyższa cena, tym większy skutek. To, co przychodzi bez cierpienia, nie liczy się.

Powieść nie opowiada tylko o tym, jak zapomniani bogowie umierają. Koncentruje się także na naturze ludzkiej, która nieustannie trwa w rozdwojeniu pomiędzy tym, co dyktuje rozum, a tym co podpowiada serce. Stawia takie pytania jak: czy wszystkie religie nie powinny stać na równi, czy ludzie mają prawo do wyboru? Ukazuje również gorzką prawdę o chrystianizacji, która w imię głoszenia miłości, była pretekstem do zabijania, palenia na stosie ludzi o odmiennych poglądach, a przecież nie tego oczekuje Bóg. Dosyć jednoznacznie przedstawia człowieczeństwo, któremu od zawsze imponuje bogactwo, dobrobyt, dlatego buduje ogromne, strojne świątynie, a małe kapliczki uważa za niedorzeczne. A wszystko to ku szerzeniu Cywilizacji, Cywilizacji Miłości. Ale czy na pewno zasługuje ona na to miano?

„Samotność Bogów” to specyficzna i wymagająca lektura o uniwersalnym charakterze. Pełno w niej symboli, które każdy z nas może odczytać inaczej, zgodnie ze swoją duszą. Jest to książka, która zagnieżdża się w myślach nawet po przeczytaniu, pozostawia pytania i subtelnie zachęca do poszukiwania na nie odpowiedzi. Zachęcam do spotkania z tą powieścią, naprawdę warto. Okładka nie zachwyca, ale treść zdecydowanie tak.

Moja ocena: 8+/10

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Czytamy fantastykę

***
Dzisiaj Puchar Króla - mecz Realu i Barcelony, zapowiada się super wieczór! : > Zmykam teraz na dodatkowy angielski.
Do napisania!
PS. W najbliższym czasie powinna pojawić się recenzja Wiosny 1941.

sobota, 5 stycznia 2013

Kamienie na szaniec - Aleksander Kamiński

Tytuł: "Kamienie na szaniec"
Autor: Aleksander Kamiński
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Stron: 220

Wojna.
Co czujesz, kiedy słyszysz to słowo?
Ja odczuwam strach i smutek, również gniew.
Podejrzewam, że Ty też.
Telepatia?
Nie. Rzeczywistość.

Dzieje się tak dlatego, że termin ten znaczy coś więcej niż tylko bieganie z bronią na ramieniu, wybuchy granatów itd. To przede wszystkim niszczycielskie, brutalne zjawisko, które działa bez skrupułów, odbiera ludziom wszystko to, co ma dla nich jakiekolwiek znaczenie.

Tak więc, czy istnieje coś, czego wojna nie potrafi zniszczyć?
Na szczęście tak. To przyjaźń, oddanie i patriotyzm, który podczas wojny nawet się umacnia,
a doskonale dowodzi o tym książka "Kamienie na Szaniec".

Autorowi powieści, Aleksandrowi Kamińskiemu, wojna nie była obca, ponieważ urodził się w 1903 r. i miał "okazję" przeżyć ją dwa razy. Osobiście walczył o niepodległość Polski podczas II wojny światowej, był jednym z przywódców Szarych Szeregów i żołnierzem Armii Krajowej. Kamienie na szaniec napisał na podstawie pamiętnika autentycznego bohatera - Zośki.

Książka rozpoczyna się sielankowo. Jest 1939 r., czerwiec. Zaczynają się wakacje, trzej przyjaciele: Jan Bytnar, Aleksy Dawidowski i Tadeusz Zawadzki kończą ostatni rok nauczania w Liceum im. Stanisława Batorego. Są tegorocznymi maturzystami. Pełni optymizmu wędrują po górach wraz z drużyną harcerską "Buki", do której należą. Snują ambitne plany na przyszłość. We wrześniu wybucha wojna. Chłopcy nie rozważają żadnej innej możliwości niż włączenie się do walki o niepodległość. Najpierw przyłączają się do organizacji "Wawer" i działają w ramach Małego Sabotażu. Następnie stają się członkami Grup Szturmowych i uczestniczą w akcjach dywersyjnych.

"Kamienie na szaniec" przeczytałam dlatego, że były na liście lektur, które trzeba było przeczytać do etapu rejonowego konkursu z języka polskiego. Na początku wydawało mi się, że to kolejna nudna pozycja z konkursowego kanonu lektur. Jakże się myliłam. Była najlepsza! Zagłębiając się w losy młodych patriotów, miałam wrażenie, że ich historia jest mi relacjonowana na żywo. Bardzo mi się spodobał ten sposób opowiadania. Ciekawił i porywał. Także język, którym posłużył się autor, był prosty w odbiorze.

W niektórych momentach dłużyło mi się czytanie (przy fragmentach bez opisów konkretnych akcji), ale zmotywowałam się, a kiedy dotarłam do kulminacyjnego wydarzenia (Akcja pod Arsenałem) uroniłam nie jedną łzę. Przy tej książce można nie tylko popłakać, ale także uśmiechnąć się, np. przy zapoznawaniu się z niektórymi akcjami Małego Sabotażu, chociażby napisanie hasła: "Marszałek Piłsudski powiedziałby: a my was w d... mamy" na obwieszczeniu o utworzeniu Generalnego Gubernatorstwa. Nawet w tym trudnym okresie młodzi ludzie umieli zdobyć się na odrobinę humoru.

Alek, Rudy i Zośka (pseudonimy głównych bohaterów) są dla mnie przede wszystkim wzorem, który pokazuje jak należy się zachować w sytuacji wojny. Jako jedni z niewielu ludzi żyjących w tych tragicznych czasach aktywnie walczyli o to, byśmy my mogli teraz spokojnie żyć, uczyć się, pracować, cieszyć się wolnością. Zamiast siedzieć cichutko w domu, chować głowę w piasek i podporządkowywać się terrorowi, który stosował okupant, przyjaciele narażali swoje życie w imię służby ojczyźnie. Chociaż nie poznałam tych chłopców i nigdy nie będę miała takiej okazji, czytając tę powieść, bardzo ich polubiłam. Szczególnie za to, że byli ambitni, z własnej inicjatywy kształtowali swoje charaktery, dla przyjaciół zrobiliby wszystko, dzielnie podążali za swoimi ideałami.
A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei, 
Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec!
Książka ta oferuje prawdziwą lekcję historii, ponieważ opisane w niej wydarzenia i postacie są autentyczne. Wydawnictwo Nasza Księga wzbogaciło swoje wydanie zdjęciami głównych bohaterów oraz innych uczestników walki z okupacją, co bardzo mi się spodobało.

Mimo że wcześniej nie miałam okazji przeczytać żadnej książki o wojnie, okupacji (nie jestem sympatykiem historii), pierwsze spotkanie z tym rodzajem literatury uznaję za bardzo udane i nie zamierzam poprzestać na tylko jednym. Mam nadzieję, że kolejne będą tak samo wartościowe i ciekawe jak to.

Moja ocena: 9/10

Co myślicie o mojej pierwszej recenzji na tym blogu? Poradziłam sobie?