Jeśli chcesz nadal czytać najnowsze posty na tym blogu, dodaj się ponownie do obserwatorów (najpierw usuń siebie, potem dodaj). Zmieniłam jakiś czas temu adres bloga, dlatego teraz moje ostatnio dodane posty wyświetlają się tylko tym, którzy dodali się do obserwatorów po tej zmianie. Będę bardzo wdzięczna, jeśli jeszcze tu wrócisz. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 marca 2014

Alchemia miłości - Eve Edwards

Tytuł: Alchemia miłości
Autor: Eve Edwards
Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 384



Czuło się, że łączy ich jakaś miłosna alchemia, magiczny związek dusz, o którym śpiewają minstrele (…).



Moja ocena: 6/10


Za możliwość przeczytania tej książki dziękuję

sobota, 8 marca 2014

Villette - Charlotte Brontë

Tytuł: "Villette"
Autor: Charlotte Brontë
Wydawnictwo: MG
Liczba stron: 690

Literatura angielska nie bez powodu zajmuje zaszczytne miejsce w chyba każdej bibliotece. Wśród swoich twórców ma chociażby tak wspaniałych autorów jak Jane Austen, Lewis Carroll, Charles Dickens i wielu innych, a wśród nich nieśmiertelne siostry Brontë – autorki powieści, które skradły serca wielu kobiet na całym świecie i wciąż chętnie, choć może trochę nieśmiało, zaglądają do nich kolejne pokolenia. Już od dłuższego czasu miałam w planach spotkanie z twórczością tych sióstr, dlatego też kiedy natrafiłam na możliwość zapoznania się z powieścią spod pióra Charlotte Brontë, z radością przystałam na tę propozycję. 

Najpierw zapoznałam się z młodą Lucy Snow, która to w chwili rozpoczęcia powieści mieszka w domu swojej matki chrzestnej, pani Bretton. Kobieta ta znajduje się w trudnej sytuacji materialnej, ponieważ pasmo nieszczęśliwych wydarzeń zabrało jej jakiś czas temu wszystko to, co było dla niej ważne. Te smutne fakty z życia Lucy doprowadzają ją do tego, że podejmuje odważną decyzję i postanawia zejść z garnuszka pani Bretton i poszukać pracy innym kraju. Wsiada na statek i udaje się w podróż do nieznanej jej Francji. Tam, w mieście Villette rozpoczyna pracę najpierw jako guwernantka córek Madame Black, właścicielki pensji, a następnie jako nauczycielka języka angielskiego. Ze spokojem rozpoczęty scenariusz nowego życia Lucy wbrew pozorom nie będzie jednak tak monotonny jak mogłoby się wydawać…

Cała ta historia przedstawiona jest z perspektywy głównej bohaterki, Lucy. Wnikliwie opisuje ona wszystkie wydarzenia, okraszając je sporymi opisami swoich uczuć czy napotkanych ludzi. Są one nieodłączną częścią tej książki i spełniają bardzo ważną rolę – pozwalają poznać Lucy taką, jaką jest na prawdę, bez żadnych domysłów czy przypuszczeń. Kobieta ta otwiera się przed nami, często też prowadzi rozmowy ze samą sobą. I to właśnie jej przemyślenia i opisy tła różnych wydarzeń, ludzi zajmują największą część tej sporych rozmiarów powieści, co daje niepodważalny dowód na to, że autorka tej historii to niezwykle wrażliwa i skrupulatna osoba. Dużo uwagi poświęca także pozostałym bohaterom, z dokładnością przedstawia ich sylwetki i stopniowo sprawia, że mimowolnie zaczyna nas intrygować ich charakter.

Niestety, Lucy jako główna bohaterka nie stała się moją przyjaciółką od serce, nawet mimo tego, że zostałam przez nią obdarzona tak cennym zaufaniem i dostępem do jej przemyśleń. Bo przecież nie każdej przypadkowo spotkanej na ulicy osobie zwierzamy się ze wszystkiego, prawda? Dlaczego więc nie udało nam się nawiązać nici porozumienia? Według mnie Lucy była po prostu zbyt powściągliwa i to właśnie ta cecha sprawiła, że czasami trudno było mi ją zaakceptować. Natomiast zamiast niej polubiłam przedstawiciela męskiej grupy postaci, doktora Johna. Może i mam lekką słabość do lekarzy, ale z pewnością temu bohaterowi nie można odmówić empatii i ciepła, którymi to otacza nie tylko swoich pacjentów.

Język „Villette” jest bez wątpienia towarem z najwyższej półki. To prawda, czasami z trudnością się go odbiera, ponieważ jest on zupełnie innym rodzajem wypowiedzi niż ten, który spotykam w czytanych na co dzień książkach. Nie mniej jednak jego specyficzne piękno zasługuje na uwagę i pochwałę. Nagromadzone opisy występujących w tej historii budynków czy przyrody są ucztą dla wyobraźni, czytając tę powieść miałam czasami wrażenie, jakbym podróżowała w czasie, ponieważ rzeczywistość XIX wieku jest tu znakomicie odwzorowana.

„Villette” jest moim zdaniem dobrą i poruszającą książką, a już szczególnie jej zakończenie. Historia ta ukazuje trudne życie Lucy Snow, które wciąż jest naznaczane samotnością. Wiąże się ona z ciągłą ucieczką od przeszłości i zmianą kraju. Nie jest to opowieść z optymistyczną atmosferą, bliżej jej raczej do melancholii. Nie do końca spełniła moje oczekiwania, ale mimo tego ”Villette” pozostaje jednak wartą uwagi lekturą, która z pewnością poruszy jeszcze nie jedno serce.

Moja ocena: 7/10

piątek, 27 grudnia 2013

Wilcza księżniczka - Cathryn Constable

Tytuł: "Wilcza księżniczka"
Autor: Cathryn Constable
Wydawnictwo: Bukowy Las
Liczba stron: 272

Pewnego dnia tej dosyć szarej (mam nadzieję, że tylko na razie), a nie słonecznej wiosny, w towarzystwie kubka ciepłego kakao i pluszowego kocyka rozsiadłam się w fotelu i sięgnęłam po lekturę książki o magicznej okładce…

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znalazłam się w deszczowej Anglii, gdzie poznałam trzy uczennice prywatnej szkoły: Sophie, Delfinę i Mariannę. I to właśnie z nimi wybrałam się w podróż do przykrytej śniegiem Rosji. Po drodze spotkało nas kilka dziwnych zdarzeń: najpierw zostałyśmy wysadzone z pociągu na opuszczonej stacji, a następnie trafiłyśmy do pałacu księżniczki Anny Wołkońskiej! Tam poznałyśmy tragiczne losy rodu, który kiedyś zamieszkiwał to miejsce oraz dowiedziałyśmy się o istnieniu wilczej księżniczki. Dobrze się bawiłyśmy, dopóki Anna Wołkońska była dla nas bardzo miła. Potem uświadomiłyśmy sobie, że uczestniczymy w niebezpiecznym spisku, który łączy wilki, wilczą księżniczkę i brylanty…

Muszę powiedzieć, że wszystkie te przygody trochę mnie zmęczyły, ponieważ na początku historii niewiele się działo, a akcja zaczęła się rozwijać dopiero na końcowych stronach książki. Tak więc do tego momentu lektura mnie nudziła, natomiast potem na moich policzkach pojawiły się rumieńce. Szkoda tylko, że tak późno. Ponadto trochę się obraziłam na trzy główne bohaterki, które swoim charakterem przypominały stereotypowy obraz trzech przyjaciółek: otóż mamy tu szarą myszkę (Sophie), specjalistkę w dziedzinie mody (Delfinę) i nadzwyczaj mądrą trzynastolatkę (Mariannę). Dziewczęta nie rozczarowałyby mnie tak bardzo, gdyby nie były takie naiwne, a ich sztuczne rozmowy prowadzone między sobą czy z pozostałymi bohaterami powieści nie powodowały ulatniania się magii z tej książki.

Cóż, musiałabym być okrutnie nieczuła, gdybym nie wspomniała o kilku jasnych punktach, które udało mi się zauważyć w tym utworze. Zacznijmy może od tego, że nie spotkałam w tej historii ani jednego wilkołaka, a przecież są one tak popularne w literaturze XXI wieku. Jednak najbardziej oczarowała mnie Rosja, którą miałam okazję podziwiać na wielu stronach tej książki. Autorce doskonale udało się uchwycić urok tego kraju, a ja przez te kilka godzin miałam wrażenie, że za sprawą pięknych opisów znalazłam się tam, gdzie główne bohaterki, poczułam szczypiący za nos mróz i usłyszałam skrzypiący pod stopami śnieg.

„Wilcza Księżniczka” to powieść o naprawdę pięknych i ważnych sprawach: o poznawaniu samego siebie, spełnianiu marzeń. I gdybym była trochę młodsza, powiedziałabym pewnie, że mam do czynienia z dobrą książką, która zapewnia kilka godzin relaksu. Ponieważ jednak mam więcej niż 13 lat, mogę zachęcić do przeczytania tej powieści tylko młodsze czytelniczki, które będą być może lepszymi niż ja, bratnimi duszami głównych bohaterek.


Moja ocena: 5/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania

***
Niedługo zamierzam zmienić adres bloga, ten, który jest teraz, wydaje mi się strasznie zwyczajny. Czekajcie cierpliwie na informację o nowym adresie. :)

środa, 26 czerwca 2013

Fabryka strachu - L. A. Jones

Tytuł: "Fabryka strachu"
Autor: L. A. Jones
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Stron: 364

Czy zastanawialiście się kiedyś jak powstają sny? A może szukaliście odpowiedzi na to, skąd się biorą koszmary? Gdyby ktoś Wam powiedział, że swój początek biorą w dwóch fabrykach, uwierzylibyście?

Andrew i Poppy są bliźniakami. Mieszkają tylko z matką, ponieważ ich ojciec zginął podczas ratowania syna z pożaru. Od tego czasu chłopiec panicznie boi się ognia. Ostatnio miewa też dziwne sny, w których ucieka przed nieznajomym mężczyzną. Pewnego dnia budzi się z siostrą w innym wymiarze, okazuje się, że trafili do świata Nusquam, a dokładnie do Fabryki Strachu. Jej właścicielem jest Wezuwiusz, który za wszelką cenę chce przemienić najstraszniejsze koszmary ludzi w rzeczywistość. Tylko Wyzwoliciel jest w stanie ocalić świat od katastrofy.

Przyznam szczerze, że okładka tej książki w ogóle mnie nie zainteresowała, ale postanowiłam nie oceniać jej tylko po tym, dlatego też prędko zabrałam się za lekturę. Moją uwagę zwróciła od razu duża czcionka, nikomu nie muszę tłumaczyć, że to duże udogodnienie jeśli chodzi o czytanie. Do tego prosty język, krótkie rozdziały oraz niesamowicie szybko pędząca akcja oparta na jednym wątku spowodowały, że ciekawość wygrała u mnie z chęcią odpoczynku od książki i zarwałam noc. Odpowiednio wyważona dawka humoru sprawiła, że wielokrotnie zagościł uśmiech na mojej twarzy.

W powieści od razu rzuca się w oczy relacja bliźniaków, która została przedstawiona w niezwykle jasnym świetle. Andrew i Poppy są w stanie oddać za siebie życie, a dzięki przygodom, które napotykają na swojej drodze, ich więzi jeszcze bardziej się zacieśniają. Dzieci nie dbają tylko o siebie, ale również o swojego towarzysza - nastoletniego Dana, którego zapoznają w fabryce, traktują jak brata i dlatego też decydują się razem z nim uciec z tego straszliwego miejsca.

Nigdzie nie jest bezpiecznie… Nawet jeśli to tylko sen.

Mimo tych zalet, w książce znalazłam też kilka wad. Najbardziej nie spodobało mi się wykreowanie postaci do złudzenia przypominających stwory z serii o Harrym Potterze. Chodzi mi tu o cieniostwory, które potrafiły zamieniać się w to, czego człowiek się najbardziej boi i żywiły się strachem, roztaczając przy tym nieprzyjemną, zimną i ponurą aurę. Czy tylko ja widzę tutaj krzyżówkę dementorów z boginami? Dolewając oliwy do ognia, mamy tu też przepowiednię, która mówi o tym, że tylko Wyzwoliciel jest w stanie pokonać Wezuwiusza. Czy tego już nie było? Sam pomysł stworzenia nowego wymiaru był bardzo dobry. Nusquam i jego mieszkańcy zaciekawili mnie swoją odmiennością. Chociażby ciąża u osobników płci męskiej była dosyć zaskakująca i może o drobinę niedorzeczna, muszę przyznać, że autorka ma niezwykle rozbudowaną wyobraźnię. Uważam jednak, że zbyt mało uwagi poświęciła Nusquam, w książce zabrakło mi pełniejszych opisów tego wymiaru.

"Fabryka strachu" to trzymająca w napięciu powieść dla młodzieży, która mimo kilku mankamentów, jest dobrym czytadłem. Raczej nie zachwyci starszych czytelników, ale dla tych młodszych powinna być interesującą lekturą, bo mówi o tym, co w życiu jest najważniejsze - zapobieganiu rozprzestrzenianiu się zła i wsparciu prawdziwych przyjaciół.

Moja ocena: 6/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi
jakistytultutaj 

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania 

***
Już czuję ten powiew wakacji, mimo że dzisiaj coś pogoda się troszkę popsuła i słońce zniknęło! Zaraz idę na 2-3 środkowe lekcje, żeby odwiedzić nauczycieli z kilkuosobową grupką z mojej klasy, potem mam jeszcze kilka spraw do załatwienia i będę mogła poczytać Atramentowe serce. Muszę jeszcze przygotować się do piątkowego wyjazdu do Belgii (na szczęście będę miała dostęp do internetu, więc pewnie coś tam do Was skrobnę), no i porozmyślać nad liceum. Mam ogromny dylemat między dwoma ogólniakami. : < Jutro czeka mnie kiermasz książek i festyn szkolny, no i być może rozmowa z dyrektorem jednej ze szkół, pomiędzy którymi się waham. 
Nie mogę się już doczekać wyjazdu i odpoczynku od tej całej rekrutacji, która spędza mi sen z powiek.

sobota, 13 kwietnia 2013

Hobbit, czyli tam i z powrotem - J. R. R. Tolkien

Tytuł: "Hobbit, czyli tam i z powrotem"
Autor: John Ronald Reuel Tolkien
Wydawnictwo: Iskry
Stron: 315

Podróże to zdecydowanie najlepszy pretekst do przeżycia niesamowitych przygód, a także zdecydowanie jeden z lepszych pomysłów na fabułę książki. Nie inaczej było w przypadku sympatycznego hobbita, którego wyprawę postanowił opisać jeden z najbardziej znanych twórców literatury fantasy, jeśli nie jej prekursor, J.R.R. Tolkien.

Cała historia rozpoczyna się dosyć niepozornie. Zostajemy zaproszeni do norki niejakiego Bilba Bagginsa, by wypić w spokoju herbatkę i uraczyć się ciasteczkiem. Jednak spokój nasz i gospodarza przerywa niespodziewana wizyta czarodzieja Gandalfa i kilkunastu krasnoludów, którzy nie dość, że opróżniają gospodarzowi spiżarnię, to jeszcze oczekują, że weźmie on udział w wyprawie, której celem jest odebranie smokowi Smaugowi skarbu krasnoludów. Twierdząca odpowiedź Bilba będzie zgodą na niezapomnianą, pełną przygód podróż.


Przygody! To znaczy: nieprzyjemności, zburzony spokój, brak wygód. Przez takie rzeczy można się spóźnić na obiad.


Już od dłuższego czasu miałam w planach spotkanie z twórczością Tolkiena, dlatego kiedy dowiedziałam się, że jedną z moich lektur szkolnych w tym roku będzie „Hobbit…”, bardzo się ucieszyłam. Świat stworzony przez tego pisarza niewątpliwie mnie zaintrygował, bo ile osób, tyle i opinii o nim. Jedni są zachwyceni, zakochani, natomiast drudzy znudzeni i niezadowoleni. Postanowiłam sprawdzić, jak to będzie w moim przypadku.

Ku mojemu zaskoczeniu, doskonale odnalazłam się w świecie, który wykreował Tolkien, zapewne dlatego, że na każdym kroku mnie zaskakiwał. Obszerne opisy sprawiły, że mogłam poczuć się tak, jakbym też była częścią tej historii i razem z jej bohaterami zmierzała w celu odzyskania skarbu. Akcja całej książki była dynamiczna, trzymała w napięciu, zaskakiwała, a czasami nawet sprawiała, że przebiegały mi ciarki po plecach. O odpowiednią dawkę humoru zadbała gromada nieporadnych krasnoludów, których zachowanie wielokrotnie mnie rozśmieszyło.

Bohaterowie książki to niewątpliwie mieszanka charakterów, która już na wstępie gwarantuje wybuchy. Od razu rzuca się w oczy to, ile uwagi Tolkien poświęcił krasnoludom, elfom, goblinom i innym stworom. Każda z postaci jest niepowtarzalna, prezentuje inny system wartości. Jedna od razu budzi zaufanie, inna odrzuca, jednak los każdej z nich nie był mi obojętny, martwiłam się, kiedy napotykała na swojej drodze przeszkody i cieszyłam się, gdy je przeskakiwała. Najbardziej polubiłam jednak Gandalfa, owianego tajemnicą czarodzieja, który niespodziewanie znikał i pojawiał się wtedy, gdy jego towarzysze potrzebowali pomocy.

„Hobbit, czyli tam i z powrotem” to według mnie majstersztyk literatury fantasy. Nie musimy pakować plecaka ani przygotowywać prowiantu, by wyruszyć w niezapomnianą podróż do baśniowego świata, którego wrota otwiera nam Tolkien. Wystarczy tylko, że sięgniemy po książkę i skorzystamy z zaproszenia.
Moja ocena: 9/10

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania
Czytam fantastykę

***
Znów długo mnie tu nie było, jakoś tak wyszło, że nie miałam weny, może i chęci, żeby coś napisać. Dzisiaj się jednak przełamałam i udało mi się w końcu coś naskrobać. 
Za oknem deszcz, ale to nic, i tak czuję już wiosnę. Posprzątałam dziś w domu, pomogłam tacie zmienić opony, odrobiłam chemię, teraz zamierzam zrobić zadanka z matmy, bo jutro będę miała raczej mało czasu na lekcję - jadę na wieś, w końcu! 
Nie mogę się doczekać kolejnego weekendu, ponieważ... od 19 do 21 kwietnia organizowane są w moim mieście - Białymstoku TARGI KSIĄŻKI! (: W tym roku będą one miały miejsce w budynku Opery i Filharmonii Podlaskiej, w którym miałam już okazję rozejrzeć się, kiedy byłam na musicalu Korczak. Jeśli ktoś będzie miał okazję go zobaczyć, niech to wykorzysta. Ja nie żałuję, że poszłam tam w czasie swoich lekcji z 2 koleżankami i kolegą z klasy, naprawdę było warto. Piękna muzyka, śliczne głosy i ogrom pracy, który widać gołym okiem - niezapomniane przeżycie! Wracając do targów, kilka koleżanek z mojej klasy zadeklarowało, że wybierze się tam ze mną + moja przyjaciółka, a już myślałam, że będę musiała buszować samotnie wśród książek, a tak - z pewnością będzie bardzo miło. : >
Adiós, matematyka czeka!

wtorek, 26 marca 2013

Ania z Zielonego Wzgórza - Lucy Maud Montgomery

Tytuł: "Ania z Zielonego Wzgórza"
Autor: Lucy Maud Montgomery
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Stron: 248

Już dawno przestałam liczyć, ile razy wracałam do tej książki. Co sprawia, że niektóre powieści lubimy czytać po kilka razy? Ulubieni bohaterowie, niezwykłe przygody czy ...? No właśnie. W przypadku "Ani z Zielonego Wzgórza" jak magnes działa na mnie bezpieczeństwo i niewytłumaczalne ciepło, które bije od Avonlea i jego mieszkańców .

Kilka słów o treści. Do rodzeństwa Cuthbertów trafia z sierocińca dziewczynka o imieniu Ania. Maryla i Mateusz stają się jej opiekunami i starają się należycie ją wychować, co jest czasami dosyć trudne, gdyż dziewczynka ma nadzwyczaj bogatą wyobraźnię i dosyć łatwo pakuje się w kłopoty, jednak jej nowi rodzice przyzwyczajają się do tego i darzą dziecko miłością, zapewniając ciepły i kochający dom. Ania znajduje w Avonlea także wspaniałych przyjaciół i zdobywa sympatię wszystkich mieszkańców.

Pani Montgomery pisze niezwykle lekko, nawet dosyć obfite opisy przyrody czytało mi się z przyjemnością, są one zdecydowaną zaletą tej książki. Dzięki nim mogłam dokładnie wyobrazić sobie, jak wyglądała Wyspa Księcia Edwarda i pomarzyć przez chwilę o zamieszkaniu tam. A już atmosfera ciepła i bezpieczeństwa, jaką wykreowała autorka, zdecydowanie skradła moje serce, w czasie lektury miałam wrażenie, że wszystko wokół mnie zwolniło i życie zaczęło się toczyć tak spokojnie jak w Avonlea.

Pamiętaj, że wszystko można zacząć od nowa. Jutro jest zawsze świeże i wolne od błędów.

Jeśli chodzi o główną bohaterkę, po prostu trudno jej nie lubić. Myślę, że nie tylko ja chciałabym mieć taką bratnią duszę jak Ania. Zawsze z głową w chmurach, gadatliwa i bezpośrednia - dla mnie idealna przyjaciółka. Jej przygody przywoływały uśmiech na mojej twarzy, szczególnie przemalowanie włosów i zapewniły mi kilka godzin przyjemnej lektury. Złego słowa nie mogę powiedzieć także o pozostałych postaciach. Maryla i Mateusz, z początku zdystansowani w stosunku do Ani, na moich oczach zmienili się w niezbędne oparcie dla dziewczynki. Dianę, Gilberta i innych mieszkańców Avonlea, nawet panią Małgorzatę Linde, chętnie poznałabym w rzeczywistości, chciałabym tak jak tytułowa bohaterka dorastać wśród tak serdecznych ludzi.

Akcja książki jest raczej powolna, jednak nie nudziła mnie, myślę, że ukazywanie perypetii Ani w takim tempie uczyniło tę historię bardziej realistyczną. Bo przecież nie można wymagać niespodziewanych zwrotów akcji od książki, której wydarzenia rozgrywają się na przełomie XIX i XX wieku w tak spokojnym miejscu jak Wyspa Księcia Edwarda.

Uważam, że "Ania z Zielonego Wzgórza" to jedna z najlepszych pozycji w kanonie lektur szkolnych, a już na pewno obowiązek czytelniczy każdej dziewczyny. Zachęcam do zapoznania się z tą powieścią każdego, kto jeszcze tego nie zrobił. To lekka i przyjemna lektura, którą z pewnością można potraktować jako odpoczynek od czytanych teraz tak często paranormali, kryminałów, nadająca się i dla nastolatki, i dla trzydziestolatki.

Moja ocena: 9/10

***
Długo mnie tu nie było, szkoła potrafi nieźle komplikować życie. Miałam napisać tutaj już w poprzednim tygodniu, ale weekend spędziłam poza domem (dokładnie na oazowych rekolekcjach) i jakoś tak wyszło, że nie miałam okazji się odezwać. Tak więc żyję, jeszcze żyję. (: Tylko jutro do szkoły i wolne, tak jakby, bo nauczyciele już zadbali o to, żebym się nie nudziła w święta. Kilka ostatnich tygodni było dla mnie męczarnią, musiałam nadrobić wszystko to, co ominęło mnie podczas mojej dosyć długiej nieobecności w szkole (prawie 2 tygodnie), nadal jeszcze jestem w trakcie zaliczania zaległych sprawdzianów i kartkówek, ale na szczęście jest ich już zdecydowanie mniej, mam nadzieję, że odpocznę podczas tych kilku wolnych dni i naładuję swoje akumulatory na kwiecień i egzaminy, przed którymi zapewne nauczyciele będą wyciskać z nas siódme poty.
Zmykam odrabiać lekcje i poczytać Hobbita. A wieczorem - mecz. (: 

czwartek, 31 stycznia 2013

Folwark zwierzęcy - George Orwell

Tytuł: Folwark zwierzęcy
Autor: George Orwell
Wydawnictwo: Muza
Stron: 136

Na karty historii całego świata wpisanych zostało wiele zwycięstw i tyle samo porażek. Pamięć o nich umożliwia nam niepopełnianie tych samych błędów, których dopuścili się nasi poprzednicy. Dzięki takim książkom jak „Folwark zwierzęcy” możemy spojrzeć na nie z innej strony i urozmaicić naszą edukację.

George Orwell to jeden z bardziej znanych pisarzy angielskich, uczestnik hiszpańskiej wojny domowej, zagorzały krytyk totalitaryzmu.

Teraz kilka słów o treści. W „Folwarku Dworskim”, który jest własnością pana Jonesa, wybucha bunt. Zwierzęta są niezadowolone z powodu okrutnego traktowania ich przez ludzi i postanawiają walczyć o swój byt. Wypędzają właściciela, a swoimi przywódcami mianują świnie, na czele ze Snowballem i Napoleonem. Ustalają własne zasady współżycia oparte na ideałach wolności, równości i braterstwa. Początkowo życie w folwarku przebiega tak, jak zapowiadano, zwierzęta żyją w dostatku, czują się bezpiecznie, jednak po pewnym czasie następują zmiany. Napoleon staje się tyranem, zmienia prawa, pławi się w luksusach, wykorzystuje swoich poddanych, zmuszając ich do katorżniczej pracy i jednocześnie robiąc im pranie mózgu. Mieszkańcy gospodarstwa są przekonani, że biorą udział w budowaniu nowej, lepszej rzeczywistości.

Bohaterami książki Georga Orwella są zwierzęta. Każde z nich posiada inne znaczenie przenośne. Zrozumienie stanowisk, które reprezentują, nie było dla mnie żadnym problemem, jednak przy rozpatrzeniu ich w kontekście historycznym posiłkowałam się podręcznikami, dzięki czemu poszerzyłam swoją marną wiedzę historyczną. Ze źródeł okazało się, że jest to głównie satyra rewolucji rosyjskiej, czyli jak spod niewoli dotrzeć do niewoli poprzez takie postulaty jak to, że wszyscy są równi, ale niektórzy równiejsi…
Zwierzęta w ogrodzie patrzyły to na świnię, to na człowieka, potem znów na świnię i na człowieka, ale nikt już nie mógł się połapać, kto jest kim.

Trudno mi stwierdzić, że polubiłam którąś z postaci, gdyż w książkach zazwyczaj mam do czynienia z ludźmi, z którymi dużo łatwiej jest mi się utożsamić. Mogę powiedzieć tylko, że najbardziej spodobała mi się postawa konia Boxera. Mimo że nie jest on wybitnie inteligentny, nie rozumie, że rządy Napoleona są niesprawiedliwe, to jednak jest stworzeniem bardzo pracowitym, skromnym i uczciwym, umie poświęcić się dla innych. Boxer to symboliczne przedstawienie roli robotników w rewolucji, o której za chwilę.

Powieść jest niewielkich rozmiarów, szybko się ją czyta, język jest prosty i zrozumiały, dzięki czemu bardzo uwidacznia się zastosowana przez Orwella satyra. Dzieło to wyśmiewa ustrój komunistyczny, w którym system sprawowania władzy jest oparty na kłamstwie i manipulacji społeczeństwem za pomocą zastraszania. Jest podobny trochę do bajki zwierzęcej, potwierdza starą tezę, że rewolucja pożera własne dzieci. „Folwark zwierzęcy” ma charakter dydaktyczny, uczy, wykorzystując moc absurdu, którego nie sposób nie zauważyć. Moim zdaniem jest to książka, którą każdy powinien poznać. Chociaż nie wywołała u mnie wypieków na twarzy, nie podwyższyła mi temperatury, była dobrą lekcją, którą z pewnością zapamiętam.

Moja ocena: 7/10

***
Koniec stycznia = niedługo koniec ferii, prawie na każdym blogu podsumowanie miesiąca. Ja tym razem się wstrzymam, nie mam czym się pochwalić, na tle wszystkich bloggerów wypadam bardzo słabo, przeczytałam tylko 5 książek, jestem dumna tylko z tego, że wszystkie udało mi się zrecenzować (wciąż nie wiem, czy mogę tak nazwać moje teksty). Mam nadzieję, że w lutym uzyskam lepsze wyniki i będę w stanie pochwalić się nimi na swoim blogu. (:
Uciekam uczyć się geografii, te konkursy przedmiotowe wyprowadzają mnie już z równowagi. Dlaczego ja się do nich pozgłaszałam, skoro mam już jednego laureata?! Na tym zakończę swe rozmyślania.

Miłego weekendu!    
*nie mogę się nadziwić, że mój blog ma już lekko ponad 40 obserwatorów. : O

środa, 16 stycznia 2013

Przygody Sherlocka Holmesa - Arthur Conan Doyle

Tytuł: "Przygody Sherlocka Holmesa"
Autor: Arthur Conan Doyle
Wydawnictwo: IBIS
Stron: 240

Sherlock Holmes, specjalista w dziedzinie kryminalistyki, który trwale wpisał się kanony literatury i kultury popularnej. Czy jest ktoś, kto nigdy nie słyszał tego nazwiska? Jego istnienie zapoczątkował Arthur Conan Doyle, urodzony w Szkocji lekarz, a z zamiłowania podróżnik.

Moje pierwsze obcowanie z twórczością tego pisarza rozpoczęłam od przeczytania dwóch opowiadań detektywistycznych: "Pies Baskerville'ów" i "Pięć pestek pomarańczy". Miałam okazję przenieść się do XIX-wiecznej Anglii i słuchać opowieści dr Watsona o przygodach, których uczestnikiem był on i Sherlock Holmes. John H. Watson to nie kto inny, jak lekarz wojskowy i przyjaciel głównego bohatera.

Pierwsze opowiadanie zaczyna się od spotkania detektywa i jego współpracownika z dr Mortimerem, który przedstawia im zagadkę "psa Baskerville'ów". Otóż mężczyzna ten pokazuje Holmesowi gazetę zawierającą szczegóły tragicznej śmierci sir Karola Baskerville'a, zmarłego kilka dni wcześniej na atak serca (przynajmniej tak twierdzą biegli). Właściciel sporego majątku udał się na codzienny spacer i już z niego nie wrócił. Znaleziono tylko jego ciało. Zwłoki leżały przodem do ziemi, a twarz była wykrzywiona ze strachu. Dr Mortimer obawia się, że przyczyną śmierci jego przyjaciela było fatum ciążące nad jego rodem. Legenda mówi o upiornym psie, pojawiającym się na moczarach. Podobno to właśnie spotkania z nim doprowadziły do zgonu niektórych członków rodziny. Sherlock Holmes podejmuje się rozwiązania tej zagadki. Czy zdąży on ustrzec przed śmiercią sir Henryka, który przejął spadek po zmarłym? Kto lub co zabiło sir Karola: lokaj i jego żona, którzy ostatnio dziwnie się zachowują, Laura Lyons czy może siły nadprzyrodzone? 

Druga historia jest zdecydowanie krótsza od pierwszej. Do śledczego przychodzi młody John Openshaw. Mężczyzna otrzymał tajemniczy list, do którego załączone zostały pestki pomarańczy. Jego nadawcą jest niejaki K.K.K. Przerażony adresat boi się, że umrze tak samo jak jego ojciec i wuj po otrzymaniu takiej przesyłki. Czy sławny detektyw upora się z tą zagadką? Odpowiedzi szukajcie w książce.

Prawdę mówiąc, bardziej spodobało mi się opowiadanie "Pies Baskerville'ów". Jest oparte na wielu wątkach, zagadka upiornego psa przeplata się z tajemnicami rodzinnymi, swoje 5 minut ma także miłość. Akcja rozwija się stopniowo, najpierw powoli, śledztwo jest prowadzone w Londynie, nabiera tempa, kiedy współpracownik Holmesa wyjeżdża do Baskerville Hall, a prędkość maksymalną osiąga na koniec, gdy detektywi są coraz bliżej rozwiązania zagadki. Lubię, kiedy mogę trochę dłużej nacieszyć się czytaną historią, a emocje są mi odpowiednio dawkowane. Częste zwroty akcji nie pozwoliły mi na ani chwilę nudy, czytając, nie potrafiłam przewidzieć, co zdarzy się na następnej stronie, nie mówiąc już o kolejnym rozdziale.

Teraz przejdę do głównego bohatera książki. Sherlock Holmes jest bardzo spostrzegawczy i błyskotliwy, zawsze skupia się na szczegółach przy rozwiązywaniu zagadek. Dokładnie analizuje wydarzenia i fakty, które są w zasięgu jego wiedzy. Dzięki wrodzonemu intelektowi posługuje się metodą dedukcji, czyli wyciąganiu wniosków na podstawie zebranych przesłanek. Od razu polubiłam tego ciekawego człowieka w kraciastym płaszczu z nieodłączną fajką w zębach. Moją sympatię zyskał dzięki swojej inteligencji i umiejętności uważnego słuchania tego, co mają mu do powiedzenia inni ludzie.

Człowiek umiejący doskonale rozumować [...] powinien, mając do dyspozycji jeden, zasadniczy dla wszystkich aspektów sprawy fakt, umieć wysnuć z niego nie tylko cały łańcuch przyczyn, które do niego doprowadziły, ale także skutków, które z niego wypłyną.

Dr Watson także nie pozostał mi obojętny. Ten prostoduszny, poczciwy mężczyzna jest bardzo dobrym uczniem swojego mistrza i świetnie sobie radzi nawet bez jego pomocy. Ciekawie opowiada o wydarzeniach, które dotyczą śledztwa, czasami pokusi się nawet o przedstawienie swojej opinii na temat jakiejś osoby czy zdarzenia.

W książce przeważają zdania złożone i wielokrotnie złożone, co jednak nie sprawiło, że wolno mi się czytało, wręcz przeciwnie. Świetnie się bawiłam, poznając przygody Sherlocka i jego przyjaciela oraz uczestnicząc z nimi w szukaniu odpowiedzi na dręczące ich pytania. Myślę, że po przeczytaniu tej książki będę zwracała większą uwagę na oczywiste rzeczy i detale, które zazwyczaj pomijam, bo zrozumiałam, że bardzo często mają one większe znaczenie niż spektakularne, potencjalnie istotne zjawiska. To dzięki dostrzeganiu niepozornych faktów bohaterom opowiadań udało się zrozumieć aż tyle tajemnic.

Na świecie jest dużo rzeczy jasnych, na które jednak nie zwraca się uwagi.

"Przygody Sherlocka Holmesa" to zdecydowany klasyk literatury. Nie zawiera opisów jakichś strasznie brutalnych morderstw i tym podobnych wydarzeń, przez które nie można zasnąć, więc śmiało stwierdzam, że jest to raczej lekka lektura, która zainteresuje i nastolatka, i osobę dorosłą.

Moja ocena: 9/10

***
Mam takie nieodparte wrażenie, że piszę za długie recenzje. Następnym razem spróbuję pisać krócej. Przecież nie liczy się ilość, tylko jakość. 
Na szczęście skończył się już kocioł sprawdzianów, kartkówek w szkole, oceny wystawione, a za kilka dni ferie. Dzisiaj nie poszłam na lekcje, bo muszę się uczyć na jutrzejszy konkurs z chemii, z którego i tak pewnie nie przejdę do następnego etapu, ale przynajmniej ominął mnie sprawdzian z matematyki. (: