Jeśli chcesz nadal czytać najnowsze posty na tym blogu, dodaj się ponownie do obserwatorów (najpierw usuń siebie, potem dodaj). Zmieniłam jakiś czas temu adres bloga, dlatego teraz moje ostatnio dodane posty wyświetlają się tylko tym, którzy dodali się do obserwatorów po tej zmianie. Będę bardzo wdzięczna, jeśli jeszcze tu wrócisz. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MG. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MG. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 marca 2014

Villette - Charlotte Brontë

Tytuł: "Villette"
Autor: Charlotte Brontë
Wydawnictwo: MG
Liczba stron: 690

Literatura angielska nie bez powodu zajmuje zaszczytne miejsce w chyba każdej bibliotece. Wśród swoich twórców ma chociażby tak wspaniałych autorów jak Jane Austen, Lewis Carroll, Charles Dickens i wielu innych, a wśród nich nieśmiertelne siostry Brontë – autorki powieści, które skradły serca wielu kobiet na całym świecie i wciąż chętnie, choć może trochę nieśmiało, zaglądają do nich kolejne pokolenia. Już od dłuższego czasu miałam w planach spotkanie z twórczością tych sióstr, dlatego też kiedy natrafiłam na możliwość zapoznania się z powieścią spod pióra Charlotte Brontë, z radością przystałam na tę propozycję. 

Najpierw zapoznałam się z młodą Lucy Snow, która to w chwili rozpoczęcia powieści mieszka w domu swojej matki chrzestnej, pani Bretton. Kobieta ta znajduje się w trudnej sytuacji materialnej, ponieważ pasmo nieszczęśliwych wydarzeń zabrało jej jakiś czas temu wszystko to, co było dla niej ważne. Te smutne fakty z życia Lucy doprowadzają ją do tego, że podejmuje odważną decyzję i postanawia zejść z garnuszka pani Bretton i poszukać pracy innym kraju. Wsiada na statek i udaje się w podróż do nieznanej jej Francji. Tam, w mieście Villette rozpoczyna pracę najpierw jako guwernantka córek Madame Black, właścicielki pensji, a następnie jako nauczycielka języka angielskiego. Ze spokojem rozpoczęty scenariusz nowego życia Lucy wbrew pozorom nie będzie jednak tak monotonny jak mogłoby się wydawać…

Cała ta historia przedstawiona jest z perspektywy głównej bohaterki, Lucy. Wnikliwie opisuje ona wszystkie wydarzenia, okraszając je sporymi opisami swoich uczuć czy napotkanych ludzi. Są one nieodłączną częścią tej książki i spełniają bardzo ważną rolę – pozwalają poznać Lucy taką, jaką jest na prawdę, bez żadnych domysłów czy przypuszczeń. Kobieta ta otwiera się przed nami, często też prowadzi rozmowy ze samą sobą. I to właśnie jej przemyślenia i opisy tła różnych wydarzeń, ludzi zajmują największą część tej sporych rozmiarów powieści, co daje niepodważalny dowód na to, że autorka tej historii to niezwykle wrażliwa i skrupulatna osoba. Dużo uwagi poświęca także pozostałym bohaterom, z dokładnością przedstawia ich sylwetki i stopniowo sprawia, że mimowolnie zaczyna nas intrygować ich charakter.

Niestety, Lucy jako główna bohaterka nie stała się moją przyjaciółką od serce, nawet mimo tego, że zostałam przez nią obdarzona tak cennym zaufaniem i dostępem do jej przemyśleń. Bo przecież nie każdej przypadkowo spotkanej na ulicy osobie zwierzamy się ze wszystkiego, prawda? Dlaczego więc nie udało nam się nawiązać nici porozumienia? Według mnie Lucy była po prostu zbyt powściągliwa i to właśnie ta cecha sprawiła, że czasami trudno było mi ją zaakceptować. Natomiast zamiast niej polubiłam przedstawiciela męskiej grupy postaci, doktora Johna. Może i mam lekką słabość do lekarzy, ale z pewnością temu bohaterowi nie można odmówić empatii i ciepła, którymi to otacza nie tylko swoich pacjentów.

Język „Villette” jest bez wątpienia towarem z najwyższej półki. To prawda, czasami z trudnością się go odbiera, ponieważ jest on zupełnie innym rodzajem wypowiedzi niż ten, który spotykam w czytanych na co dzień książkach. Nie mniej jednak jego specyficzne piękno zasługuje na uwagę i pochwałę. Nagromadzone opisy występujących w tej historii budynków czy przyrody są ucztą dla wyobraźni, czytając tę powieść miałam czasami wrażenie, jakbym podróżowała w czasie, ponieważ rzeczywistość XIX wieku jest tu znakomicie odwzorowana.

„Villette” jest moim zdaniem dobrą i poruszającą książką, a już szczególnie jej zakończenie. Historia ta ukazuje trudne życie Lucy Snow, które wciąż jest naznaczane samotnością. Wiąże się ona z ciągłą ucieczką od przeszłości i zmianą kraju. Nie jest to opowieść z optymistyczną atmosferą, bliżej jej raczej do melancholii. Nie do końca spełniła moje oczekiwania, ale mimo tego ”Villette” pozostaje jednak wartą uwagi lekturą, która z pewnością poruszy jeszcze nie jedno serce.

Moja ocena: 7/10

czwartek, 23 stycznia 2014

Małe kobietki - Louisa May Alcott

Tytuł: "Małe kobietki"
Autor: Louisa May Alcott
Wydawnictwo: MG
Liczba stron: 304

Sięgając po książki z półki z literaturą klasyczną, mam zawsze wrażenie, że towarzyszę jej bohaterom we wszystkich perypetiach. Być może zawdzięczam to autorom tych dzieł, którzy z ogromną pieczołowitością dopracowywali swoje dzieła, a może po prostu czasami sama mam ochotę przenieść się o kilka albo kilkaset lat wstecz. I co najdziwniejsze – każda taka podróż zostawia we mnie jakiś ślad, raz bardzo wyraźny, raz mniej, a jednak zawsze się to udaje, a zawdzięczać mogę to zapewne nieprzemijającej uniwersalności dzieł klasycznych, które staram się poznawać. 

Moja ostatnia wędrówka doprowadziła mnie do amerykańskiej posiadłości Orchard House. W naznaczonym przez wojnę secesyjną XIX wieku udało mi się poznać niezwykle ciepłą rodzinę Marchów, która to mimo głodu, ubóstwa, miała w sobie wiele radości. Wychowywane tylko przez matkę Marmee cztery córki na moich oczach przeżywały zabawne przygody, nawiązywały przyjaźnie, doświadczały miłosnych uniesień oraz powoli wkraczały do świata dorosłych. I przez cały ten czas nie zapominały o wartościach, które wpajała im matka i doceniały to, co posiadały.

Delikatne i jasne barwy, które posłużyły autorce książki do wykreowania głównych bohaterek wydały mi się z początku zbyt wyidealizowane, ckliwe, jednak następnie zaskarbiły sobie moją sympatię, ot tak po prostu. Zaczynając od polubienia pięknej i poważnej Meg, w mgnieniu oka skończyłam na nawiązaniu przyjacielskiej relacji z zabawnie zmanierowaną i może trochę próżną Amy. A w międzyczasie poznałam także dwie pozostałe siostry: żywiołową chłopczycę Jo oraz utalentowaną muzycznie i odrobinę nieśmiałą Beth. I nawet nie zdziwiło mnie to, że tak różne charaktery były zawsze blisko siebie, na dobre i złe.

Tymczasem ja, prowadzona jakby za rękę przez lekki styl autorki, brałam udział w zabawnych przygodach sióstr, obserwowałam, jak starają się pracować nad sobą, a w końcu z rozdziału na rozdział przybliżają się krętymi drogami ku dorosłości. Nawet zdarzyło mi się zezłościć na panią Alcott, kiedy to naruszyła moją idealną wizję zakończenia książki i skierowała losy Jo nie w tę stronę, którą ja bym osobiście wybrała. Jednak patrząc teraz na to po kilku dniach od skończenia lektury, chyba mogę przyznać, że już jej wybaczyłam to przewinienie, może dlatego, że ogólnie mam miłe wspomnienia z tych kilku dni spędzonych w przyjemnej atmosferze Orchard House.

Na zakończenie chciałabym powiedzieć, że bardzo miło spędziłam czas z książką „Małe kobietki”. Ta ciepła opowieść o magii dzieciństwa i dorastaniu jest świetną lekturą na dobranoc, ponieważ z powodzeniem napełnia spokojem i nadzieją. Zawiera wiele przydatnych w naszym życiu lekcji, które ukazują, jak niewiele nam potrzeba, byśmy mogli czuć się szczęśliwi…

(…), bo miłość odpędza strach, a wdzięczność przezwycięża dumę.

Moja ocena: 8/10

***
Jeszcze tylko piątek i będę mogła oficjalnie uznać sezon ferii za otwarty. Za oknem -15 stopni (w końcu podlaski biegun zimna), a w domu również zimno. A to chyba dobry powód, żeby sięgnąć po Jeżycjadę, tak na rozgrzanie. :)